Sobota, 17 sierpnia 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. IV

Opublikowano: 30 sierpnia 2016 14:34:18
Podziel się i skomentuj

Rozdział IV
Prawo prywatne a publiczne

Powszechnie wiadomy jest monizm przyrodniczy i filozoficzny; istnieje jednak jeszcze trzeci podobny dylemat, mianowicie monizm, względnie dualizm prawniczy.
Wytwarza się on ze stosunku prawa prywatnego do publicznego. Hellenowie pierwsi odróżnili te dwa rodzaje prawa, w przeciwieństwie do Egiptu i Persji, gdzie łączono je wytwarzając monizm prawa prywatnego. Polegał on na wyolbrzymieniu go w odniesieniu do władcy państwa, według zasady, że wszyscy i wszystko jest własnością monarchy (deifikowanego z mocy emanatycznych pojęć religijnych), a za tym poddany o tyle tylko może coś posiadać, o ile monarcha mu zezwoli, i póki zezwolenia nie cofnie. Monizm ten przeszedł następnie do państw hellenistycznych, podczas gdy Rzym trzymał się dualizmu prawnego aż do późniejszego cesarstwa. Uległ wtedy naporowi cywilizacji orientalnych (głównie syryjskich), przyjął monizm, lecz wytworzył własną jego odmianę. Władza cesarska odnosiła się do ludności bynajmniej nie jako do niewolników cesarza, lecz w imię prawa publicznego, w imię państwa, któremu przyznawała praw coraz więcej, nie bacząc na uprawnienia prywatne. Rozkwitł w Bizancjum, podczas gdy katolicyzm rzymski przejął się dualizmem prawa, który stał się cechą wytwarzanej przez Kościół cywilizacji łacińskiej; przyjęły go na "narody wychowane przez Kościół".

Prawo prywatne jest oczywiście starsze od publicznego, gdyż normuje stosunki pierwotnej prarodziny, rozrodzonej w ród. Prawo rodowe oparte jest na tym, że wszyscy i wszystko w rodzie stanowią własność głowy rodu. Stopniowo powstaje trójprawo, tj., familijne, majątkowe i spadkowe. Z biegiem czasu rody łączą się w plemiona, z plemion powstają ludy. Wytwarza się nowy rodzaj zrzeszenia, mianowicie społeczność mogąca objąć nawet kilka ludów na podstawie wspólnej im cywilizacji i szerzyć się terytorialnie. Społeczność jako tak istnieje tylko faktycznie, lecz nie jest zorganizowana dla samej siebie, wyjąwszy organizację religijną, która stanowi jedyną na zewnątrz więź społeczności. Jest to oznaka społeczności wyżej rozwiniętej, a rozwój ten nie zawsze się zdarza. Znane są wypadki, że nawet plemię od plemienia różni się religijnie. Wspólność zaś religii ułatwia niewątpliwie dalszy rozwój, tj., dojrzewanie społeczności w społeczeństwo, co jednak nie wszędzie się dokonuje. Następuje przez to znaczniejsze różniczkowanie zawodów, w ogóle sposobów walki o byt. Społeczności, które zdobędą się na lepszą komunikację rozwiną się szybciej w zróżniczkowane społeczeństwo. Należy rozróżniać starannie te dwa stadia rozwoju wielce od siebie odgległe. Społeczeństwo jest to społeczność zróżniczkowana w zawody i wytwarzające się z tego warstwy społeczne.

Najstarszym zróżniczkowaniem jest warstwa zawodowych wojowników, lecz istotnego zróżniczkowania i założenia społeczeństwa dokonuje ludność oddana zajęciom pokojowym. Z postępem pokoleń powstają nowe zajęcia i rozszerza się coraz bardziej pole do rozkwitu solidarności społecznej. Przy większym wyborze zawodów łatwiej osiągnąć zadowolenie życia, a ludzie zadowoleni poczuwają się bardziej do solidarności, choćby dlatego, że zależy im więcej na utrzymaniu danego stanu rzeczy. Rozwój społeczeństwa jest tym łatwiejszy i bezpieczniejszy, im więcej w nim warstw społecznych.

Solidarność - ta więź wielkich zrzeszeń - nie może się wytworzyć w ustroju kastowym. Skoro nie wolno wybierać zawodu, przestają się te zawody interesować sobą wzajemnie, nie powstaje tedy myśl o wspólności interesów, a skutkiem czego społeczeństwo nie może się wyżej rozwijać. Bizancjum upadło wprowadziwszy kastowość, a Hindusów uśpiła stagnacja gorsza od chińskiej. Włąściwie każda kasta jest odrębną społecznością, a zlepek społeczności, pozbawionych związku z sobą, nie zdoła wytworzyć społeczeństwa zwartego.

Dwa są sposoby poznawania społeczeństwa: patrzeć na nie z góry, lub z dołu. Z góry ogarnia się całość, widzi się zakres i granice, rozwój i kierunek, patrzy się na życie objawy. Z dołu podpatruje się, z czego to wszystko powstaje, z czego jest zrobione, gdzie i jak jedno koło zębate zahacza o drugie, którędy i dokąd pędzi transmisja. Widok a przekrój - chwytane wzrokiem obrazu a badanie układu - jednako potrzebne.

Przy ciągłym wyłącznym podpatrywaniu szczegółów machiny życia zbiorowego można zaśniedzieć, zardzewieć, stetryczeć, stać się niezdolnym do odczuwania całokształtów. Metodzie analitycznej należy poświęcić w życiu dużo miejsca, lecz nigdy całego życia. Najgorliwszy analityk winien przerzucać się, kiedy niekiedy do metody syntetycznej, bo inaczej w końcu sam nie będzie wiedział gdzie jest i od czego jest, nie określi sam sobie trafnie własnego stanowiska w społeczeństwie, przeznaczenia swego i obowiązku, aż w końcu zacznie gubić się w chaosie nie sprawdzanych do wspólnego mianownika szczegółów, straci orentację i zabłąka się na bezdrożu, na manowcach ducha. Dobrze i zdrowo jest spojrzeć czasem na wikłające się interesy społeczeństwa nie z dołu, nie z boku, lecz z góry. Dywan wschodni oglądany z bliska podczas roboty, wyda się gmatwaniną bez ładu i składu; dopiero z góry dojrzy się wzór, zobaczy się myśl rysunku. Czyż żywe społeczeństwo nie jest zawsze i ciągle takim dywanem podczas roboty? A czym więcej robót, tym trudniej połapać się, gdzie tu punkty zaczepienia, gdzie linie wysnute, gdzie zwroty i gdzie kierunki i cele? Co tu zasadniczego, a co przygodnego?

Stosownie do rodzajów ustroju rodowego, wytwarza się w nich organizm lub mechanizm a właściwości te przechodzą następnie na społeczność. Państwo może się wytworzyć już w społeczności, nie rozwijającej się wcale w społeczeństwo.

Mieliśmy tego doskonały przykład na Bałkańskim Półwyspie w Czarnogórzu, gdzie jeszcze na początku XX wieku historia miała istny swój rezerwat pierwotnego organizmu rodowego. Kraj cały dzielił się na dziesięć nahii tj., okręgów, nahie na plemiona, te zaś na bractwa, brastva z kmetem (kmieciem) na czele. "Brastvo" jest gronem osób pozostających do siebie w stosunku braterstwa skutkiem pochodzenia od wspólnego przodka; jest to ród, wspólnota rodowa, której starosta rodowy zowie się kmieciem. Plemię stanowi zbiór brastv, nahia zbiór plemion; zupełnie to samo co plemiona i ludy w pierwotnej Polsce. Żywym wspomnieniem dawnych czasów jest też fakt, jako jednostka organizacyjna wojskowa składa się z mężczyzn pewnego brastva, a te łączą się w jednostki znaczniejsze według plemion. Zupełnie tak samo stawało się w dawnej Polsce pod chorągwią rodową.

Aleć jeszcze w połowie wieku XIX nie było na terytorium Czarnogóry jednolitego państwa, a tylko organizacje plemienne według rodów, których sprawy rodowe stanowią całą historię Czarnogórza owych lat, nie budującą się wcale. Rzadziej też walczy Czarnogórze z Turkami, niż z ościennymi chrześcijanami tego samego języka.

Był to niewątpliwie organizm oparty na zrzeszaniu się w plemiona i w ludy, a oparty li tylko na prawie rodowym i na trójprawie, jakkolwiek tworzył państwo.

Władza kniazia była władzą starosty rodowego z plemienia przodującego. Zalążek prawa publicznego opierał się na uznawaniu tego przodownictwa.

Istniała tam (i zapewne istnieje dotychczas) msta. Jest to obowiązek moralny (w imię etyki) pomszczania zabójstwa na zabójcy, względnie nawet na każdym członku jego rodu. Nie ma sądownictwa publicznego w sprawach karnych i nie chce go się mieć. Kiedy Włodzimierzowi Kijowskiemu biskupi zaproponowali, żeby zaprowadził sądy książęce na miejsce msty, odmówił z oburzeniem. Nie wytworzy się zaś społeczeństwo, dopóki istnieje msta.

Zaginie ona naturalnym biegiem rzeczy, gdy się rozwiąże ustrój rodowy na rzecz tzw., emancypacji rodziny, gdy na miejsce organizacji rodowej wstępuje rodzinowa.

Dla oddzielnych rodziny systematyczne wykonywanie msty jest niewykonalne, toteż nastaje sądownictwo według prawa publicznego. Wtedy gotowe są podstawy do wytworzenia społeczeństwa, o ile warunki sprzyjają zróżniczkowaniu.

W cywilizacji rzymskiej przebrzmiał był od dawien ustrój rodowy, jeszcze zanim powstało wielkie państwo, jeszcze przed wojnami punickimi. Nowe państwo powstające na Zachodzie na gruzach imperium, wniosło atoli ten ustrój na nowo na widownię historyczną Europy. Wychowywanie przez Kościół polegało na tym, że Kościół dopomagał wszędzie do emancypacji rodziny i do wytwarzania prawa publicznego. Patronował zaś Kościół zawsze dualizmowi prawnemu, tj., odrębności prawa prywatnego a publicznego.

Pomostem między prawem prywatnym a publicznym stawało się często zagadnienie długów z początku niewątpliwie wyłącznie prywatnej natury. Gdy atoli dłużnicy nie zdołali uiszczać się z pożyczek inaczej, jak odrabiając je pracą własną na rzecz wierzyciela, na korzyść jego gospodarstwa z czym łączyło się zamieszkanie w posiadłości wierzycielskiej, natenczas spłata długów zamieniała się w arendę.

Grecy bywali często radykałami i znosili długi; lecz jutro zaraz powstawały nowe. Grecy nie zdołali rozwiązać tego zagadnienia, ponieważ byli społeczeństwem żeglarsko-handlowym, więc pożyczki odgrywały u nich rolę donioślejszą; tym łatwiej tedy państewka ich przechodziły przez przesilenia, a przesilenie nie załatwione wywoływało często rewolucje.

Kwestia długów prywatnych stawała się publiczną nieraz w wiekach średnich, np., pospolite odbieranie danemu zrzeszeniu handlowemu ius commercu na obszarze wierzycieli nie zaspokojonych (zawiązek lokalnych wojen handlowych ogarniających z czasem coraz większe obszary). Z czasów najnowszych powołać się można na dwa przykłady ze spraw polskich, mianowicie w dziejach zaboru austriackiego. Smutna historia banku włościańskiego, istna klęska publiczna, czym musiały się tedy zająć władze; a potem dobrocznna działalność Franciszka Stelczyka. Organizacja pożyczkowa włościańska, pożyczek stanowczo prywatnych, stała się pierwszorzędną sprawą całego społeczeństwa polskiego, a wybiegała nawet daleko poza krąg zainteresowań materialnych.

Silniejszym jednak a stałym pomostem pomiędzy prawem publicznym a prywatnym jest prawo małżeńskie. Ius connubi decydowało o stosunku do ościennych, a tym bardziej o wzajemnych stosunkach warstw społecznych. Gdy za cesarstwa rzymskiego zaburzony został stosunek pomiędzy społeczeństwem a państwem, najgłębsza tego przyczyna tkwi w praktyce prawa małżeńskiego, bo na tym tle zaczęła się fatalna niewspółmierność pomiędzy prawem a obyczajem.

Cesarz August wysilał się, żeby zachować dualizm prawniczy i dzieło jego utrzymało się długo, lecz po pewnym czasie zapanował monizm prawa publicznego.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. IV

W tym okresie wstrząśnięto rodziną rzymską i równocześnie zachwiał się rzymski naród w głębi swych fundamentów. Upadek życia rodzinnego poderwał organizm społeczny, a tym samym ułatwiony był wzrost mechanizmu i w dalszym następstwie drogo do monizmu prawnego.

Już w Rzymie było małżeństwo pełnoprawne (religijne) sprawą publiczną, związane z prawem publicznym. Tym bardziej w chrześcijaństwie, w cywilizacji łacińskiej.

Konkubinat jest sprawą prywatną, lecz przenigdy małżeństwo. Musi posiadać charakter aktu publicznego, choćby ze względu na kwestie nazwiska i potomstwa.

Kamieniem węgielnym cywilizacji łacińskiej stała się monogamia dożywotnia. Historia poucza o najściślejszym związku jednożeństwa z własnością osobistą dziedziczną. Rozluźnienie monogamii odbija się zawsze na podważaniu prawa własności. Obie te instytucje wyrosły z prawa prywatnego, lecz nabrały znaczenia i doniosłości prawa publicznego.

Nie trzeba przeto sądzić, jakoby prawo publiczne tworzyło się tylko dzięki państwu; jak widzimy, powstaje ono bez udziału państwa z samychże stosunków społecznych. Społeczeństwo posiada od początku swe prawo prywatne i publiczne. Rozwój społeczeństwa oparty jest tedy od początku na dualizmie prawa, a zaczyna się to jeszcze przed zawiązkami państwowości.

Urządzenia państwowe mogą polegać w całości na monizmie prawa prywatnego lub publicznego, lecz w cywilizacji łacińskiej polegają od początku na dualizmie prawnym. Takie są zasadnicze trzy rodzaje państw. Monizm prawny łączy się z mechanizmami w życiu społecznym i państwowym; dualizm propaguje organizmy.

Wszystkie państwa cywilizacji turańskiej, arabskiej i chińskiej, wyrobiły się na monizmie prywatnym, bizantyńska zaś na publicznym. W Koranie mieści się samo tylko prawo prywatne, a skoro wszelkie prawo w ogóle musi wysuwać się z Koranu, więc publiczne więc publiczne wyprowadza się w islamie z prywatnego; np., podatki podciąga się pod obowiązek udzielania jałmużny. W Chinach zaś cesarz był generalnym starostą rodowym nad wszystkimi rodami całej ludności.

Bliżej nas mamy przykład monizmu prywatnego na genezie państwa moskiewskiego. W pierwszej redakcji "Timudy Ruskiej" nie ma całkiem mowy o kniaziu; w drugiej książę jest uprzywilejowanym właścicielem ziemskim (szkody mu wyrządzane ulegają karze podwójnej). Potem kniaziowie moskiewscy przygotowali sobie zabory w księstwach ościennych w ten sposób, iż pomnażali systematycznie na tych terytoriach, państwo obcych, ilość osób, zawisłych od siebie osobiście, mocą prawa prywatnego (tzn. "zakupy"). Iwan Kaleta robił zwykłe obroty handlowe prawami książęcymi. Z Iwana III nawet najwyżsi dostojnicy państwowi pisali się wobec księcia "chłopami" tj., niewolnikami prywatnymi. Nie ma więc w Moskwie osobnego prawa publicznego; nie było go tam skąd Moskwa czerpała wzory; u Tatarów kipczackich, najdalej wstecz u dżingischanów. Sama zaś geneza państwa w ogóle jest mniej więcej wszędzie jednakowa; tkwi mianowicie przede wszystkim w potrzebach wojennych.

Gdy rody łączyły się w plemiona, wytwarzał się zalążek prawa publicznego, a to z powodu powstania władzy książąt plemiennych. Z początku byli to tylko dowódcy wojenni; na sam czas wyprawy; następnie coraz bardziej ustalający się zarządcy wszelkich spraw pozostających w związku z obronnością kraju, wytwarzający stałą organizację wojenną, w końcu reprezentanci całego zrzeszenia z władzą o zakresie wielce rozmaitym. Istniała zaś nadal władza starostów rodowych nieograniczona bynajmniej przez władzę książęcą. Przez całe wieki utrzymuje się całkowita autonomia rodów. Do księcia należały sprawy nowe, pozarodowe, ponadrodowe, przedtem nie istniejące. Książę plemienny nie zajmował się niczym, co należało do prawa rodowego.

Rozwój dwukierunkowy przybiera na chyżości, gdy społeczność dojrzeje w społeczeństwo. Doświadczenie pouczy, że bezpieczeństwo większego zrzeszenia (np., ludu) wymaga, żeby dbać o własne państwo. W imię wspólności interesów powstaje państwo dobrowolne, oparte na społeczeństwie. Lecz nie obejdzie się bez stosowania przymusu, bo skupić cały lud w jednym państwie można w takim tylko razie, jeżeli się zniesie państewka książąt plemiennych, nadto państwowość nie obejdzie się bez sankcji i przymusu względem własnych obywateli. Szczęśliwszy od innych w bojach jeden z książąt plemiennych strąca innych, staje się władcą całego ludu, a potem dalej pokrewnych ludów sąsiednich i tworzy dynastię. Dopóki granice rozszerzane nie przekraczają sfery interesów wspólnych, należy je uważać za dobrowolne.

Snuje się tedy ponad trójprawem dalszy rozwój prawa, a dwukierunkowy, pobudzony organizacją grodową. Ród i gród - stają się wykładnikiem tej dwukierunkowości. System grodów ujmował znaczenia rodom a przydwał go plemionom, gdyż tylko zamożniejszy i liczniejszy ród mógł sobie pozwolić na gród osobny.

Plemię organizujące się dla obrony od napaści ościennych zakładało sobie gród, ażeby ludność nie wojenna miała tam schronienie wraz ze swym dobytkiem. Stawiało się wtedy grody w miejscach posiadających więcej znaczenia wojennego bez względu na terytoria rodowe i w ogóle nie bacząc na warunki okolicznego osadnictwa. Zaczynają się wytwarzać okręgi, polegające na sąsiedztwie, a nie na przynależności rodowej. W systemach grodowych tkwią zalążki administracji terytorialnej.

Powstanie grodu stanowi epokę dla danej krainy z innych jeszcze względów. Na grodzie przebywała załoga, w pobliżu nadaje się ziemie jeńcom, pracującym stale a przymusowo na rzecz grodu (w Polsce narocznicy), a na Podegrodziu osiada ludność wolna, czerpiąca z grodu zarobek, pionierowie przyszłych rzemieślników i kupców, przyszłego mieszczaństwa.

Są to rzeczy znane nam dobrze ze stosunków polskich i zachodnio-europejskich; ale niewielu wie, że podobne stosunki zachodzą w świecie orientalnym. Tam grodem plemiennym jest kasba. Jest to (raczej była) warownia mająca pomieścić w razie niebezpieczeństwa osoby i dobytek całej okolicy. Gdzie napaści rabunkowe bywały czymś powszednim, budowano domy mieszkalne wyłącznie tylko koło kasby. W zachodniej Algerii spędza się dziś jeszcze bydło na noc do ruin zniszczonej kasby. W górach wysokiego Atlasu kasby pozostają siedzibą plemion, a ręka tubylców podtrzymuje upadające jej mury, wzmacnia je i wznosi nowe piętra na starych basztach. Są po kasbach "zbiorowe domy".

Nie jest też gród właściwością wyłączną ludów osiadłego trybu życia, jak się pospolicie mniema. Koczownicy potrzebują również grodów.

Powstanie grodu pociąga za sobą dalekosiężne następstwa społeczne. Zaszła potrzeba miejsca obronnego, po prostu schowka dla dóbr ciężkich, żeby je koczownicy mogli brać z sobą na pospieszne pochody. Ale przy schowku muszą zamieszkać jacyś strażnicy jego, stali mieszkańcy grodu, przebywający tam także podczas najgłębszego pokoju. Pozostaje więc tam na stałe jakieś grono osób fizycznie słabszych, a dla wyżywienia ich osiedla się około grodów jeńców wojennych zamienionych w niewolników, celem uprawy ziemi. Powoli, stopniowo, dokonują się dzięki grodowi dwie zmiany: tworzy się nowa rasa odmianowa, dzięki zmieszaniu krwi z niewolnikami, a zaracem część ludności przechodzi od życia koczowniczego do na pół osiadłego, a potem już całkiem osiadłego na grodzie i pod grodem, podczas gdy ogół plemienia, któremu gród służy, koczuje nadal.

Około grodu powstaje oaza. Uprawą palm i oliwek zajmują się jeńcy wojenni, czy też podbici pierwotni mieszkańcy krainy, przypisani niejako do gleby, wiodący życie osiadłe z przymusu. Wśród nich też dokonują się zawiązki rzemiosł. Stopniowo powstaje wymiana dóbr pomiędzy grodami a oazami, a tymi, którzy je powołali do życia, koczownikami. Po pewnym czasie wytwarza się regularny ruch handlowy i w tym tkwi geneza karawan, kierowanych i urządzanych przez koczowników, jako panów szlaków pustynnych. Z czasem niektórzy z koczowników poświęcą się wyłącznie handlowi na dalsze odległości i większe obszary. Tacy wystawiają sobie domy w oazach, mają już miejsce stałego zamieszkania, miejsce swych magazynów i kantorów, jakby siedzibę firmy. I tak różniczkuje się społeczeństwo coraz bardziej.

Pod tym względem dużo zachodzi analogii w cywilizacji łacińskiej.

Im bardziej społeczeństwo się rozwija, tym bardziej pożąda organizacji państwowej i pragnie potęgi własnego państwa. Ludzie rozumni sami wytwarzają rząd między sobą i nad sobą. W ustroju rodowym nikt nigdy nie buntował się przeciwko władzy starostów rodowych, a potem władza państwowa cieszyła się ogólną sympatią byle była sprawiedliwą i rodzinną.

Ciekawego przykładu dostarcza Islandia. Chrześcijaństwo ogłoszono tam religią panującą w r. 1000 i już w r. 1055 wspominają źródła biskupa islandzkiego Isleifera Gizurarsona. Zdaje się, że Kościół propagował łączność państwową z Norwegią, gdyż Hakon V objął zwierzchnictwo nad Islandią mając po swej stronie pewną ilość starostów rodowych, a nawet niektórych książąt plemiennych. W r. 1264 poddaje się już cała wyspa Magnusowi VI, przy czym nie wylano ani kropli krwi. Zastrzeżono tylko, że zwolnieni będą od wierności, gdyby król nie dotrzymał zobowiązań. Pierwszym dziełem nowych rządów było zaś ok., r. 1270 wprowadzenia administracji okręgowej.

Potrzeba organizacji i administracji narzuca się siłą okoliczności jeszcze mocniej w wypadkach, gdy brak organizacji rodowej.

Weźmy np., pod uwagę taki fakt opowiedziany przez znakomitego podróżnika, pułkownika Bronisława Grąbczewskiego.

Poszukiwacze złota w paśmie gór dzielących dorzecza Jezung Kosz i Kerji (w Azji Środkowej) urządzili sobie samorząd, bo na miejscu brak było jakiejkolwiek władzy. Gdy zebrało się ich do 50, wybierali wójta, który musiał wybór przyjąć, lecz nie mógł mieć krewnych w gronie towarzyszy, ani nie wolno mu było samemu złota poszukiwać. W zamian otrzymywał od wszystkich dwudziestą część wydobytego. Spory o granice działek ten sam wójt rozstrzygał. Za kradzież i przestępstwa grubsze karano chłostą lub nawet surowiej; sądziło i skazywało zebranie wójtów najbliższych ościennych kopalń; za zabójstwo, karane śmiercią, sądzili wójtowie całego okręgu w liczbie przynajmniej siedmiu. Apelacji w ogóle nie było. Wyroki wykonywano natychmiast, a nigdy nikt ze skazanych nie próbował odwołać się do władz chińskich, nominalnych zwierzchników tego terytorium. W późniejszych latach spotkał Grąbczewski podobne samorządy i samosądy u poszukiwaczy złota w Mandżurii. "Bractwo w miejscowości Załtuga w prowincji cicikarskiej w Mandżurii rządziło się autonomicznie w ciągu kilku lat, utrzymywało swoje wojsko i staczało prawdziwe bitwy z chińskimi wojskami rządowymi."

Z Petersburga wyszedł potem rozkaz, żeby to "bractwo" zlikwidować.

Ci od razu wykluczyli mstę prywatną i wytworzyli sądownictwo działające w imieniu całego zrzeszenia. Sądownictwo zaś publiczne zaliczamy do pierwocin państwa.

Całe nieszczęście życia zbiorowego mieści się w tym, że człowiek z natury omylny - popełnia omyłki także co do miłości Boga i miłości bliźniego. Religijność wyradza się nieraz w bigoterię, w zarozumiałość powierzchownego pobożnisia, a nawet w obłęd religijny. A w imię miłości bliźniego ileż popełniało się i popełnia błędów!!! Jakaś niby religijna wzgarda dla zamożniejszych, jako mniej godnych; idealizowanie proletariatu, przy czym robią majątki "zawodowi proletariusze"; miłosierdzie opryszkowskie, żeby jednemu zabrać, a dać drugiemu; w ogóle należą tu wszelkie przypuszczenia, że ludzi można uszczęśliwić jakimiś urządzeniami mechanicznymi. Błędnym jest też mniemanie jakoby można było wymyślić receptę na szczęście, trafną i skuteczną raz na zawsze, dla wszystkich ludów i wszystkich czasów. Omyłka! Trafność urządzeń zależy od czasu, miejsca i okoliczności.

Kto tego nie wie, będzie popełniać w życiu publicznym błąd za błędem. Jedno tylko jest prawidło naprawdę ogólnie i powszechne: moralność oparta o dekalog.

Poczucie moralności - etyka - musi przenikać każdy nasz krok, i to w życiu publicznym jeszcze bardziej, niż w prywatnym. Okazaliśmy na przykładach, jak dekalog ma związek z życiem publicznym. Niechaj Czytelnik osądzi czy przydałby się politykom?

W czasach niemądrych haseł o państwo totalne wzniesiemy raczej z wołania, że chcemy etyki totalnej! Przez etykę totalną droga do lepszej przyszłości. Nie chodzi tu o jakieś nowe stronnictwo. Chodzi o coś więcej, znacznie więcej. Hasło etyki totalnej, to nowy prąd umysłowy. Może popłynie z nim także jakie stronnictwo?

Ludzie są jakby spragnieni prawa publicznego. Dlaczego i w jakim celu? Ażeby tym lepiej obwarować bezpieczeństwo prawa prywatnego! Poddają się porządkom państwowym i obmyślają je sami, ażeby tym wszechstronniej rozwijać walory społeczne.

Państwo jest w powszechnym mniemaniu zawsze owym grodem, ochroną życia i mienia. Mieści się w tym zapatrywanie, że państwo ma służyć społeczeństwu.

Żadną atoli miarą nie można przypisać państwu wyłącznej twórczości co do prawa publicznego. Błąd ten powstał z ekspansji bizantynizmu, stał się pewnikiem dla kultury bizantyńsko-niemieckiej, przez wpływy niemieckiej nauki rozpowszechnił się w całej Europie. Wytworzył się silny prąd, którego cechą i hasłem: uwielbienie państwa. Słyszy się we wszystkich językach: "Państwo najwyższym dobrem". Zapytajmyż: jakie państwo? Czyż jakiekolwiek? W prawie publicznym powstał osobny dział prawa państwowego. Czyż mamy uznać je bezwzględnie, nie dbając na to, od jakiego rodzaju państwa ono wyszło? Chodzi o czystość źródeł tego prawa, to znaczy o jego zgodność z etyką. Albowiem "Wszelka władza pochodzi od Boga", a to znaczy, że nie jest władzą ta, która nie od Boga pochodzi, tj., nie jest zgodna w wolą Bożą, z dekalogiem, i wynikającą z niego moralnością.

Tak sądzi o źródle prawa publicznego cywilizacja łacińska, a zatem zupełnie to samo co o prawie prywatnym. Jednako poddano je kryterium etyki.

Czy zaś państwa powstawały w sposób etyczny, czy też są amoralnymi z natury rzeczy? Gdyby tak było, musiałby zwolennik cywilizacji łacińskiej odrzucać z góry wszelkie prawo państwowe. Państwa wywodzą się atoli często z organicznego rozwoju, historycznego, bez przymusu wobec społeczeństwa. Istota państwa wymaga wprawdzie, by nieraz używać siły dla sankcji prawa, lecz z tego nie wynika bynajmniej, by przemoc miała stanowić w państwie źródło prawa. Pomylenie prawa a bezprawia na tle nauki o państwie nie jest doprawdy zaszczytem dla nikogo.

Powstaje to w związku z owym błędnym mniemaniem, o którym wspominano w rodziale pierwszym, jakoby prawo stanowiło tylko przejaw siły. W takim razie stanowi przeto o prawie ten, kto ma siłę, żeby wymusić posłuszeństwo dla swych nakazów i zakazów. Musielibyśmy w takim razie zarzucić rozróżnianie "mala in se" i "mala quia prohibita", a porzucenie tej różnicy równałoby się porzuceniu cywilizacji łacińskiej. Prawo stałoby się uprawianiem bezprawia za pomocą formuł prawniczych, w które wszepiono kłamliwość. Prawo w ogóle, a zwłaszcza publiczne, byłoby igraszką sił fizycznych, byłoby właściwie tylko prawem silniejszego. Gdy tedy znajdzie się jeszcze silniejszy, powstanie automatycznie prawo nowe według jego woli.

Nigdy cywilizacja łacińska nie uzna prawa, wynikającego z przemocy. Uznawanie wszelkich takich (że tak się wyrażę) bękartów prawa pochodzi z wpływów innych cywilizacji, z mieszanki cywilizacyjnej.

Powstawały jednak państwa olbrzymie ogarniające wiele ludów, których nikt o ich wolę nie pytał. Państwa dobrowolne bywają, lecz bywają również narzucone, zdobywcze, zaborcze. Pośród przyczyn wojen niepoślednie miejsce zajmuje dotychczas chuć cudzego, chuć życia wygodniejszego cudzym kosztem. W wojowaniu zdobywczym tkwi często pasożytnictwo.

Zaborczość była w starożytności cechą powszechną państw. Egipt pierwszy wystąpił z hasłem, żeby "panować czterem stronom świata". Faraonowie chcieli władać całemu znanemu sobie światu, tj., od Nilu do Eufratu. Do tego samego zmierzały inne państwa, jakie wytwarzały się na tych obszarach, poczynając od Asyrii i Babilonii. Jakżeż to znamienne, że Żydzi wyznaczali pierwotnie rozmaite granice państwu, jakiego spodziewali się od Jehowy. Asyryjczycy pierwsi stosowali tępienie ludności podbitej, a to samo przykazywał Jehowa Żydom w Palestynie. Zwojowano następnie Asyryjczyków ich własną bronią; wytępili ich Babilończycy. Ile tylko było państw w tamtych stronach, wszystkie przejęte były chucią zaborów na wszystkie strony, byle jak najdalej. Jeżeli istniały równocześnie dwa takie państwa pomiędzy Nilem a Eufratem, wojna na zabój stawała się nieuchronna pomiędzy nimi.

Nieczego atoli twierdzić nie możemy o pierwszym okresie rozstroju państwa chińskiego. Nie wiemy w jaki sposób powstało to państwo olbrzymie, które stało się potem najbardziej pokojowym. Złączywszy ludy zjednoczone cywilizacyjne wspólnym pismem, nie posuwały się nigdy poza granice systemu pisma.

Niektórym państwom zaborczym powiodło się rozróść, ileż było takich, którym się nie powiodło. Czy było takie państewko, które by nie pragnęło stać się wielkim się nie powiodło. Czy było takie państewko, które by nie pragnęłoby stać się wielkim państwem? Nie trzeba tego wywodzić osobno, do jakiego stopnia robienie zaborów stało się powszechnym ideałem całej starożytności, a potem większej, znacznie większej części chrześcijaństwa. Gwałt, przemoc, ręka zbrojna rozstrzygały o losach państwa i same tworzyły nowe państwa. Nawet wielkie państwa powstawały metodą, którą można by nazwać śmiało opryszkową.

Inna rzecz, że samym opryszkostwem państwa długo się nie utrzyma. Historia dostarcza ciekawych przykładów robót opryszkowskich, z których wyłaniały się państwa. Faktem zaś jest, że opryszkostwo spotyka się często z uwielbieniem!

Któż z nas nie zna legendy o Ondrzjnikach, Janosikach, Doboszach? My delektujemy się nimi w opracowaniach literackich, poetyckich, ale lud ma ich za bohaterów bezwzględnie. Sprawa godna jest opracowania monograficznego przez jakiegoś etnologa z wykształceniem historycznym, bo to sprawa wszystkich ludów i wszystkich czasów. Ideał opryszkostwa był zawsze, a dziś nie ostygł bynajmniej! Morscy opryszkowie, korsarze, założyli państwo sródziemnomorskie w I wieku przed Chr. (wojny Pompejusza z nimi); wikingowie normańscy, budzący tyle zachwytu nawet w naukowych dziełach, byli po prostu korsarzami; potem mauretańscy korsarze przez dwa stulecia grabili... i dobywali się sławy. Wszyscy oni zakładali państwa wybrzeżne. A czym korsarz na morzu i na pomorzu, tam w głębi lądu żołnierz, najezdnik, zdobywca. Połowa dziejów Azji składa się z takiego zorganizowanego militarnie opryszkostwa, podniesionego do najwyższej możliwej skali.

W czasach najnowszych powstawało kilka państw czysto opryszkowskich w Azji i w Afryce. Z końcem XVI wieku kilkuset renegatów hiszpańskich w służbie marokańskiej Ahmeda Wspaniałego zakłada sobie podbojem olbrzymie państwo murzyńskie Songhoj ze stolicą w Gao. Wielce znamienne są losy kraju Laos, północno-zachodniej części Indochin francuskich. Pierwotną ludność wyprali najeźdźcy z Assamu. W XVII wieku było państwo Laos potęgą wystawiającą armię półmilionową. Z początkiem XIX zdobyli kraj Syjamczycy, zburzyli stolicę i rządzili w taki sposób, iż za naszych czasów, po dłuższej administracji francuskiej cała ludność wynosiła około roku 1927 ledwie półtrzecią miliona, zaledwie więc siedem razy tyle niż było przed trzystu laty samych żołnierzy; to znaczy, że zaludnienie jeszcze nie powróciło do stanu z przed trzech stuleci.

A Afryce południowej u Kafrów panował w latach 1812-1828 Czeka, zwany przez Europejczyków Atyllą kafryjskim. Zbierał drużyny celem rabunku bydła, obdarzając swych drużynników kilkoma sztukami za wierne służby i tą metodą doszedł do armii przeszło trzydziesto tysięcznej. Zjednoczył pod swym panowaniem 78 plemion a 40 wytępił. Takich jednopokoleniowych mocarstw bywało w Afryce sporo. Np., Uganda z czterema milionami mieszkańców, z czego 150.000 żołnierzy. Otrzymujący posłuchanie czołgali się tam po ziemi przed władzą. Biali porozbijali potem te państwa. Ostatnim była Kaszgaria. Założone zostało w r. 1865 przez Józefa Beka, któremu nadano przydomek "bedsnlet" tj., szczęściarz. W r. 1877 zamordował go brat żony, który atoli niedługo cieszył się dziedzictwem.

Zasadą rządów było w takich państwach zawsze, że panującemu wolno wszystko, czego tylko mu się zechce, że wszyscy są jego niewolnikami i wszystko jego własnością. Jest to atoli zasadą całego Orientu prócz Chin. Świat arabski nie był lepszy. W Egipcie Kalif Hakam nakazywał podpalić jedną połowę miasta, a drugą oddawał na rzeź i rabunek - w czasie pokoju, dla igraszki. W XI wieku wezyr Schaner kazał podpalić Kair i czterdzieści dni trwał pożar widocznie nie gaszony.

Pojęcie o zakresie władzy orientalnego despoty dają słowa chana Kandżutu w Azji Centralnej, Safder-Aliego w liście do generała Grąbczewskiego: "Wiedz, że jesteś w kraju gdzie nawet ptaki poczynają mieć siłę w skrzydłach dopiero otrzymawszy mój rozkaz".

Nie wszystkie państwa rodzą się z opryszkostwa, geneza ich rozmaita; ale pragnę zwrócić uwagę, że można je zakładać także metodą opryszkowską. Coś z tej metody mieści się w każdym orientalnym absolutyzmie, a wpływy stamtąd na Zachód przedostawały się już w pierwszych wiekach po Chr. Opryszkowski zasiew rodził chwasty przez całe wieki i czyż przestał się rodzić! Zastanówmy się nad tym i nad teoriami niemieckimi, wmawiającymi nam, że państwo jest niemal boskiego pochodzenia! Niestety, nie brak państwowości wybitnie antyspołecznych.

W tym rodzaju prym jest przy cywilizacji turańskiej. Żadna inna nie może się z nią równać co do oparcia prawa państwowego wyłącznie na przemocy. Jest to tym bardziej znamienne, że samo pojęcie najwyższej władzy wywodzi się u tych ludów z monizmu prawa prywatnego. Kolebką tej cywilizacji jest Azja środkowa. Tam wytworzył się swoisty ustrój obozowy, stanowiący największy i najwybitniejszy w historii mechanizm.

W tworzeniu się społeczności i społeczeństw azjatyckich odegrały czynniki polityczne rolę znacznie większą niż w Europie. Nie było nigdy jakiejś etnicznej społeczności huńskiej, tureckiej, mongolskiej, chazarskiej, mandżurskiej; były to związki "polityczne" ludów występujących pod tymi ogólnymi nazwami, a złożone wielce niejednolicie pod względem etniczym. W walce o byt materialny wybił się na miejsce naczelne pewien sposób, znany w Europie tylko w miniaturze. Jest nim utrzymywanie się z rzemiosła wojennego, co w konsekwencji doprowadziło do ciągłej, systematycznej zdobywczości, jako do najwyższej racji życia. Zawodowe rzemiosło wojenne rozeszło się w Azji tak dalece, że nasze europejskie kondotierstwo wygląda przy tym jakby igraszka. A Azji oparły na tym swój byt całe wielkie zrzeszenia. Wojowanie nieustanne ogranicza się z czasem do rozbojów u sąsiadów, lecz czasem wznosi się do zakładania wielkich państw zaborczych. Albo wojują, albo giną w bezczynnym zastoju. Robienie zaborów stało się w Azji od dawnych wieków pierwszorzędnym czynnikiem twórczym społeczeństw i państw. Rozkwitają one zdobywczością, upadają, a nawet rozkładają się i giną, gdy przestaną czynić zabory. Pełnia życia polega, zwłaszcza u ludów cywilizacji turańskiej, na tym żeby żyć jak najwięcej cudzym kosztem.

Przedsiębiorcy wojskowi zdobywali sobie państwa, których zostawali władcami, a żołnierzom swym rozdawali dobra podbitych. Gdy od takiego wodza (kondotiera) odwróci się fortuna i nie może już utrzymywać we wszelkich wygodach swych drużynników, rozpuszcza ich albo też oni sami go opuszczą i lud jego pójdzie szukać utrzymania pod innym jakim sztandarem. Losy wojny, świecąca lub gasnąca gwiazda kondotiera, rozstrzygały o tworzeniu się i zaniku ludów, zwłaszcza tureckich, najpochopniejszych do zawodowej żołnierki.

Te ludy - to pułki. Dochowanie po kronikach nazwy nie oznaczają "ludów" w naszym rozumieniu tego wyrazu, tj., zrzeszeń etnograficznych, lecz (przynajmniej pierwotnie) zrzeszenia ściśle militarne, bez względu na stosunki etniczne złożone częstokroć ze zbieraniny etnicznej z różnych stron. Gdy zabraknie im szczęśliwych pułkowników, wegetują w nędzy w zupełnej ciemnocie i apatii. Ludy-pułki zmieniają miejsce pobytu, wędrują setkami mil z żonami, dziećmi i dobytkiem, często na rozkaz swego wodza i władcy czy też w poszukiwaniu wodza nowego. Z takiego przedsiębiorcy wojennego wyrósł dżingischan Temudżin, który wojskami swymi zajął pół Azji od Korei po Turkiestan.

Są to koczownicy wojenni, a wyłącznie ochotnicy. Mogą iść całe rody razem, lecz może ród się rodzielić, każdy wojownik rusza lub zostaje według własnej ochoty. Szukają szczęścia w świecie, jak się zdarzy, przygodnie. Wobec tego muszą się rozluźnić związki rodowe, a powstają nowe również niezbyt trwałe. Każdy przygotowany jest zawsze na zmianę. Brak tradycji sprawił, że struktura rodowa, a tym mniej plemienna, nie mogą nigdy należycie się rozwinąć. Były to organizacje tylko na pół rodowe, a tym trudniej o poczucie plemienne. Plemieniem stawał się oddział wojskowy.

W ten sposób wytworzyła się w cywilizacji turańskiej specjalna kultura obozowa. Nadzwyczajne jej rozszerzenie uprawnia, żeby całą cywilizację turańską uważać w ogóle za obozową, gdyż cecha ta przeważa wielce.

Ludy-pułki nie mogą posiadać świadomości przynależności do jakiegoś miejsca lub do pewnej lokalnej własności etnicznej. Z reguły nie mają żadnej własnej nazwy. Zazwyczaj przyjmują nazwę od imienia swego kondotiera, np., Nogajcy, Osmanie, itp. Nazwa utrwali się, jeżeli ich przedsiębiorcy będzie towarzyszyć trwałe szczęście. Dzięki ustaleniu się przez długi czas na równej ziemi, Mandżurowie i Osmanie stali się społecznościami etnograficznymi, gdyż cechy ich poczęły się utrwalać genetycznie przez szereg pokoleń; nabierali więc cechy wspólnego pochodzenia, stając się jakby małą rasą. Nie doprowadzili do tego Awarowie, ani Hunowie, tworzący przez jakiś czas państwa o wielkiej rozmaitości etnograficznej.

Organizacja obozowa wywołuje pewne podobieństwa bez względu na pochodzenie etnograficzne. Można tu studiować na drużynach wojennych wschodniosłowiańskich, na koloniach wojskowych Apraksina, na austriackim "Pograniczu Wojskowym" (nad dolną Drawą i Sawą) itp. Zawsze łączono tam żołnierkę z rolnictwem - i zawsze bez rezultatu.

Gdzie wojowanie stanowi więź społeczną, nie da się osiągnąć wyższego szczebla kultury duchowej; wielkie opryszkostwo stawało się zaś żywiołem takich społeczeństw i państw, a nawet ich ideałem.

W cywilizacji turańskiej państwa znaczniejsze trwają tylko dopóty, póki rozszerzają swe granice; giną, gdy ich nie stać na dalsze zabory, a rozkwitnąć na nowo zdołają tylko wznowieniem zaborczości. Tak było z Mongołami i z Tatarami, Turkami i okazało się to na dziejach Rosji. Ponieważ zabory muszą się wyczerpać, państwa takie nie mogą kwitnąć długo, lecz tylko epizodami. Metoda opryszkowska mieści w sobie zarodki upadku.

Gdy chuć zaborów przeniknie do cywilizacji łacińskiej, sprowadzi również upadek. Ludwik XIV i Filip II podkopali wielkość Hiszpanii i Francji. Na Niemczech ustanowiła historia przykład ostrzegawczy. Ideał rozszerzania granic państwa poprzez zabory nie doprowadził nadto nigdy do osiągnięcia wyższego szczebla cywilizacyjnego; przeciwnie, sprowadził cofanie się, nawet choćby zabory przez jakiś czas się wiodły. Zaborczość to ideał nietrwały.

Za mojej młodości panował niepodzielnie pogląd, jakoby państwo żadne w ogóle nie mogło powstać bez najazdu z zewnątrz. A jednak państwo polskie wyjaśni się właśnie najdokładniej, odkąd porzucono hipotezę najazdu. Sam wywiodłem genezę jego organiczną i spontaniczną szczegółowo jeszcze w r. 1902. Jeżeli zaś do wytworzenia nowego państwa potrzebnym jest, żeby obok istniało państwo zaborcze, w jakiż sposób powstało to zaborcze?

Stanowczo historia zna także państwa dobrowolne, powstające automatycznie niejako, w każdym razie organicznie. Najazd nieść może tylko mechanizmy. Pośrednie miejsce pomiędzy państwami genezy pokojowej, ewolucyjnej a zaborczymi, zajmują w dziejach Europy państwa dynastyczne, tworzone przez dynastie międzynarodowe, nie tkwiące właściwie nigdzie, nie związane zasadniczo z żadnym krajem, ni z żadnym ludem. Typ ten przetrwał jednak aż do r. 1914 w swych przeżytkach.

Traktowanie krajów i narodów, jakby przedmiotów do podziału pomiędzy dynastie, mechanizowało sprawy, będące typowo organiczymi. Dziwił się z początkiem XIX wieku Czartoryski Adam, że dyplomaci interesują się granicami geograficznymi, lecz że im zupełnie obojętne są różnice duchowe ludów, że nie uznają granic "organizacji moralnej". Zrobił uwagę, że w taki sposób "naturę żywą" poddaje się "naturze martwej".

Prawo publiczne doszło w polityce do szczytu niemoralności. Zwyciężył na całej linii pogląd bizantyński i protestancko-niemiecki, że w sprawach państwowych nie obowiązuje etyka, a monarcha nie czyni nigdy nic złego, gdyż wolno mu wszystko.

Prawo publiczne w Europie skłóciło się z prywatnym, które na ogół pozostało przy zasadach moralności. To samo co wobec prawa prywatnego uchodziło za zbrodnię i było ścigane przez sądownictwo państwowe, to samo uchodziło w polityce nie tylko bezkarnie, ale nawet było wychwalane, jeżeli dawało zysk.

Przestępstwo popełniane dla zysku było czymś hańbiącym w życiu prywatnmy, a zaszczytem w publicznym. Wytworzyła się dwoistość etyki, uznana powszechnie za stan moralny. Żadne społeczeństwo, ani w ogóle żadne zrzeszenie nie zniesie długo bezkarnie tej dwoistości, ponieważ podgryza ono samo poczucie moralności. Następuje amoralność.

Niemoralność u góry jest wielce zaraźliwa, jako zły przykład i sprowadza istne zalewy niemoralności u dołu. Od niemoralnego prawa publicznego demoralizuje się prawo prywatne. Ogólny stan moralności psuje się, bo niejeden powie sobie, że nie trzeba się krępować i odrzucać niepewne zyski skoro uprawia się to u góry na wielką skalę, a temu stanowi rzeczy towarzyszą honory. U góry zaś nie zawsze odrzyna się dość stanowczo pas sprawy prywatnej polityka od pasa sprawy publicznej politycznej. Działy i kombinacje etyki stykają się, krzyżują się i ... plączą; pojawiają się punkty, co do których można mieć wątpliwości, do którego pasa należą . Miedza między nimi może się rozszerzać.

Doprowadziliśmy do tego, że rozwój moralności stał się niemal niemożliwy drogami życia prywatnego, bo życie publiczne spada na nie zbyt wielkim ciężarem i niszczy je. Moralność upada przeraźliwie, a podnieść dałaby się na nowo przez leczenie życia publicznego z amoralności. Albo prawo publiczne zostanie zreformowane w imię etyki, albo koniec wszelkiej etyce - ale też koniec naszej cywilizacji.

Jeżeli panować ma ład choćby w społeczności, a tym bardziej w społeczeństwie, w narodzie, w państwie, musi zachodzić współmierność pomiędzy życiem prywatnym a publicznym. Jedno i drugie musie kierować się metodami tej samej cywilizacji. Gdyby np., wprowadzić państwowość turańską nad ludnością, trzymającą się w życiu prywatnym cywilizacji łacińskiej, państwowość ta będzie jej obcą i wszyscy będą dokładać starań, żeby z nią mieć jak najmniej styczności; zamkną się przed obcym sobie ustrojem państwowym. Jeżeli ten przedział opadnie, życie prywatne pocznie nabywać cech turańskich, a zatem wad ze stanowiska cywilizacji łacińskiej. Ponieważ np., życie rodzinne nie może być urządzone jednocześnie według cywilizacji łacińskiej i turańskiej, więc rozprzęgnie się albo sturaniszczeje.

Ani w małżeństwie, ani w życiu rodzinnym, ani w prywatnym w ogóle, ani w publicznym nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Podobnież okażą się złe skutki, jeżeli życie prywatne a publiczne należałoby do różnych religii, lub też gdyby jedno z nich było areligijne, lub nawet antyreligijne. Życie prywatne nie może być zwalczane przez wymogi publicznego, ani też przeciwnie. A zatem obie dziedziny życia muszą trzymać się jednakowej etyki i podlegać współmiernie prawom tego samego systemu. Zasady prawa muszą tedy wywodzić się z prawa wyłonionego; narzucone nie zdołają bowiem nigdy przenikać na wskroś stosunków prywatnych.

W stosunku prawa prywatnego a publicznego zachodzą jeszcze względy innego rodzaju. Mogą się te prawa uzupełniać, istniejąc obok siebie, ale też mogą się wzajemnie niszczyć, stając przeciwko sobie. Zależy to od metody, jaką się traktuje ich stosunek. Sprawa ta posiada doniosłość historyczną pierwszorzędną.
W cywilizacji łacińskiej życie publiczne nie jest prostą amplifikacją prywatnego. Dualizm prawa należy do węgłów naszej cywilizacji, ruiną grozi jej wszelkie od tego zboczenie czy w tę, czy ową stronę.

W zakresie prawa publicznego spotykamy się z dalszą dwoistością społeczeństwa a państwa.

Podziel się i skomentuj