Sobota, 17 sierpnia 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. V

Opublikowano: 4 września 2016 16:59:50
Podziel się i skomentuj

Rozdział V "Państwa a społeczeństwa"

Przez państwo rozumiem zjednoczenie rządzących i rządzonych za pomocą organizacji czynnej, tj., administracji. Gdziekolwiek pojawiają się choćby najsłabsze zawiązki państwa, następuje odróżnienie rządzących od rządzonych, np., kacyk środkowo-afrykański ze swym dworem, a cała ludność po drugiej stronie; ale to nie jest jeszcze państwem, gdyż nie ma organizacji specjalnej, umyślnej w celach państwowych, a działającej stale, celem pośredniczenia między kacykiem a ludnością. Taka organizacja staje się potrzebna natenczas, kiedy zrzeszenie obejmie większą przestrzeń na obszarze, którego nie sposób dozorować bezpośrednio z dworu władcy, staje się ona niezbędna - a z wprowadzeniem jej powstaje państwo. Od najprymitywniejszych aż do najbardziej skomplikowanych form państwowych zawsze chodzi nie o co innego, jak o tę organizację pośredniczącą.

Pośredniczy ona pomiędzy głową koczującego ludu a ludem, pomiędzy kaganem (chanem) turańskim a jego ludami-pułkami, pomiędzy księciem czy królem zachodnioeuropejskim a jego poddanymi, lub też pomiędzy parlamentem a współobywatelami tych obywateli, którym czasowo rządy są powierzone.

W kacykowskich prymitywach zaznacza się atoli już uwielbienie władcy. U Kafrów "poczet dworzan dziwacznie odzianych otaczał go (króla) i tańczył na cześć jego lub go uwielbiał w religijnym pogrążony miliczeniu, to znów sławił jego wielkość napuszystemi wyrazami: Królu królów, wielki słoniu, oddech twych ust niszczy wrogów, jak zeschłą trawę, sprowadza deszcz i rozdziera obłoki błyskawicami". U Aszantów "dla istot krwi królewskiej nie ma występku". Po śmierci władcy popadają z żałoby w szał morderczy. Czyż byłoby to możliwe, gdyby nie przypisywano swym kacykom natury nadludzkiej? To nie jest zwykły śmiertelnik, wyniesiony wysoko zasługą czy szczęśliwym trafem, lecz istota wyższego rzędu jakkolwiek w ludzkim ciele. Nie wszędzie atoli natrafiamy na tak pojmowany stosunek władcy do poddanych; często ograniczony jest to oznak szacunku; zdarza się nawet pośród prymitywnych, że władca ma nie tylko prawa względem swego plemienia, ale również obowiązki. Około osoby zwierzchnika plemienia i jego dworu wytwarza się tedy zaczyn przyszłych stosunków pomiędzy państwem a społeczeństwem. Prawdopodobnie w samych zawiązkach państwa i długo potem, przynajmniej przez pierwszy okres rozwoju państwowego stosunki te są takie, jakie konsekwentnie wynikały z pierwotnego stanowiska kacyka wobec plemienia. Są więc od początku wielce rozmaite.

Rozmaitość pod tym względem przebija się dalej w okresie ustroju grodowego. U niektórych plemion społeczność góruje nad państwowością, u innych państwowość wybija się ponad społecznością, tu i ówdzie państwo rozstrzyga o wszystkim, nawet gdy społeczność dojrzała w społeczeństwo. Jakąż wartość dla kilku nauk humanistycznych miałaby mapa, na której byłyby wykreślone okolice z rozmaitym stosunkiem społeczeństwa a państwa. Niestety, to marzenie; wiadome są do tej sprawy zaledwie disiecta membra, okazujące się kiedy niekiedy przygodnie przy różnych badaniach.

Nie wydobędzie historyk niczego konkretnego o tych początkach, co dałoby się oznaczyć wyraźnie na pewnym szerszym terytorium. Dopiero gdy historia znajduje sobie materiału na tyle, iż by mogła być jako tako systematyczną, wyjaśnia się nam stosunek państwa do społeczeństwa. Im bardziej rozwijają się się wielkie zrzeszenia, postępując na wyższe szczeble cywilizacyjne, tym mniejszą znachodzimy ilość rodzajów państw. Wszystkie dadzą się sprowadzić do kilku typów.

Geneza danego państwa może tkwić w prawie pięści. Jakżeż dobrze wiadomym jest Faustrecht w historii niemieckiej. Może przeto istnieć prawo antyspołeczne.

Gdy jednak państwowość antyspołeczna pojawi się w kraju cywilizacji łacińskiej, staje się grabarzem państwa. Można całe państwa zakładać metodą opryszkowską np. Songsej w Afryce z końcem XVI wieku, Laos w Indochinach w XVII w., państwo Beka w Kaszgarii w drugiej połowie XIX wieku itp. Rozumując ściśle, opryszkowstwem jest wszelkie państwo pochodzące z podbojów, choćby w Europie.

Państwa Orientu były i pozostały odwiecznymi mechanizmami. Nikt tam nigdy nie sądził, żeby to miało być złe. Ponieważ społeczeństwo jest zasadniczo organizmem, nie mogło wykształcić się należycie tam, gdzie państwowość zbytnio rozrośnięta przytłumiła ją swym mechanizmem. W znacznej części Azji ludy utknęły na stanowisku społeczności, nigdzie nie doprowadziwszy do emancypacji rodziny. Od sumeryjskich czasów aż do końca państw hellenistycznych panował typ despocji orientalnej. Inne były szlaki helleńskie. Dzieje ustrojów państwowych w tych drobnych państewkach ujął Arystoteles w schemat znany każdemu ze szkół. Rzymianie pierwsi utworzyli duże państwo, oparte na społeczeństwie, w którym państwowość pozostawała na drugim miejscu. Ci zdobywcy świata nie mieli armii stałej, dostojników tylko dorocznych (cenzor załatwiał swe sprawy w pierwszym roku urzędowania) i nie posiadali nawet ani głowy państwa; najwyższa władza była dwugłową (decydował ten konsul, który zakazywał). Władza była przy komisjach, przy społeczeństwie. Był to typ państwa obywatelskiego aż do okresu "delirium maximum" (wyrażenie Horacego), do czasów Sulli i Mariusza. Wtedy wojsko obywatelskie zamieniło się w prywatne armie kondotierskie, w wojsko zawodowe, werbunkowe, zobowiązane tylko wobec wodza, który je werbował i opłacał. Odtąd rządzić mógł tylko taki, którego stać było na zwerbowanie wojska, a gdy nie był dość bogaty, musiał szukać wspólnika bogacza. W tym geneza późniejszych trumwiratów.

Armia, teoretycznie nie mająca miejsca w ustroju państwowym, faktycznie nabywa znaczenia decydującego, skutkiem czego państwo rzymskie mechanizuje się, a w końcu orientalizuje.

Nowo wytwarzająca się cywilizacja łacińska jest tworem Kościoła. Ludy pierwszego tysiąclecia ery chrześcijańskiej zaczynały swój rozwój od najniższych szczebli społeczności i państwa. Władcy, którym powiodło się zebrać pod swym berłem więcej ludów, osiągają swój cel, usuwając książąt lokalnych. Walki z nimi stają się z reguły zarazem walkami z prawami lokalnymi, z całą tą państwowością, jak była tam już przedtem, przed połączeniem się w jedną większą całość (zazwyczaj nie dobrowolnym). Wytwarza się stopniowo walka centralizmu ze samorządami. Kościół staje po stronie autonomii. Równocześnie Kościół przyczynia się swą działalnością (zwłaszcza zakonów) do zróżniczkowania społeczności, wytwarzając coraz wybitniejsze społeczeństwa. Wynikiem tych wikłających się zabiegów prawo stanowe, oparte bezwzględnie na społeczeństwie.

Zrazu ogranizacje społeczne odznaczały się wielką siłą. Albowiem w cywilizacji łacińskiej olbrzymia większość spraw publicznych załatwiała się w samorządach. Przez całe wieki nie tylko cała kraina w państwie, lecz każda warstwa społeczna, nawet każdy odłam warstwy społecznej posiadał samorząd, do którego państwo nigdy się nie wtrącało. Nazywało się to "żyć według własnego prawa". Wolnością zwał się samorząd. Wszelkie naruszenie go, choćby w zrzeszeniu drobnym, wywoływało oburzenie o "gwałcie wolności". Najdawniejsze w średnich wiekach skargi o to odzwywały się we Włoszech, gdy tam zaczęli "robić porządek" Niemcy, narzucając przemocą pojęcia swej kultury bizantyńsko-niemieckiej. Od wypraw na Włochy zaczyna się przygotowywać złowroga mieszanka cywilizacyjna.

Przeciwko społeczeństwu, jako twórcy prawa publicznego, wystąpił legizm, owa odrośl cesarskiego prawa rzymskiego (zorientalizowanego przez hellenistyczność). Rezultatem była tzw., idea dynastyczna. Była to najstarsza w wiekach średnich idea samolubstwa politycznego. Wyrządzanie szkody innym stawało się celem. Zwłaszcza gdy historia niemiecka zamieniała się na walkę dynastii, z których każda wykrawała sobie na niemieckich ziemiach własne państewko; wszystkie te państwa i państewka musiały być samolubne; a im bardziej któremu się powiodło, tym nieprzyjaźniejsze stawały się wobec innych. W ten sposób stopniowo przyjmował się pogląd, że celem państwa jest szkodzić drugiemu państwu - a co z początku było tylko współzawodnictwem dynastii. Wysysało się siły społeczeństwa dla celów dynastycznych, społeczeństwom obojętnych. Do charakterystyki wzajemnych stosunków posłuży najlepiej wiadomy fakt, że dynastia gotowa była zawsze panować gdziekolwiek, byle panować. Gdziekolwiek zaś zapanował taki "międzynarodowiec", starał się poddać swej władzy jak najwięcej stosunków z życia publicznego, a odjąć je wpływom społeczeństwa, ażeby społeczeństwo osłabić na wypadek opozycji przeciw planom dla społeczeństwa (narodu) niekorzystnym, a przynajmniej obojętnym.

Państwa dynastyczne występowały zawsze nieprzyjaźnie przeci ingerencji społeczeństwa w sprawy państwowe; zmierzały przeto do władzy absolutnej, niezgodnej z duchem Kościoła. Bizantynizm w Niemczech a ligizm we Francji, wreszcie protestantyzm zwalczały doktrynę katolicką co do prawa publicznego, aż w końcu zwalczały ją w praktyce. Państwo rozeszło się z Kościołem.

W bizantyńskiej cywilizacji społeczeństwo nie ma głosu w sprawach publicznych; władza państwowa centralizuje przy sobie wszystko. Tę metodę przyswajały sobie stopniowo średniowieczne państwa dynastyczne. Im bardziej niepewnym był jaki rząd, tym bardziej chciał chwytać wszystko w swe ręce z obawy o swój byt, żeby rozciągać kontrolę nad życiem społecznym. Społeczeństwo stawało się z wolna jakby pewnym działem państwowości. Sprzyjała temu nauka prawa, odkąd legizm oświadczył sę za receptą prawa rzymskiego publicznego, prawa cesarskiego, (które nie było rodzimym rzymskim, lecz zrodziło się z wpływów azjatyckich despocji). Im mocniej wyłaniała się w kolei wieków nieograniczona władza monarsza, tym mniej miejsca pozostawało na samorządy. Z żądzy centralizowania wszystkiego zrodził się etatyzm, stanowiący w cesarstwie bizantyńskim istotę rządów, a państwom cywilizacji łacińskiej w sprawach państwowych i społecznych, wykoleił całe życie publiczne. Z centralizmu i etatyzmu musiała wreszcie wyłonić się doktryna wszechwładzy państwa.

Monarchowie robili się coraz bardziej despotami "tyranami". Wystąpił przeciwko temu Zakon jezuicki, aż nazbyt energicznie pod względem faktycznym (monarchomachia dozwalająca zabić tyrana) i przegrał sprawę. Absolutyzm wyrasta, społeczeństwo pozbawia się coraz bardziej elementarnych jego spraw, w końcu eliminuje się je całkiem z dziedziny spraw publicznych. Społeczeństwo przestaje być więzią państwa; na jego miejsce wkracza biurokracja. Ten proces dziejowy doprowadza do powstania państwa policyjnego.

Społeczeństwo podejmuje walkę pod hasłem konstytucjonalizmu. Pozornie prąd ten odnosi zwycięstwo wszędzie. Doktrynerom zdawało się, że skoro tylko gdzieś spisano konstytucję, tym samym wyprowadza się społeczeństwo na pierwszy plan, a państwo będzie odtąd oparte na społeczeństwie. W końcu figurowały w spisie państw konstytucyjnych nie tylko Anglia i Austria, ale również Rosja i Turcja, niby tedy zasadniczo takie same. W rzeczywistości zachodziły różnice zasadnicze pomiędzy Anglią a Austrią, nie mówiąc już o Rosji i Turcji.

Z początkiem XIX wieku pojawił się w podręcznikach podział państw na monarchie i republiki - z biegiem czasu okazało się to czymś mechanistycznym. Upatrywanie różnicy zasadniczej między monarchią a rzeczpospolitą wyszło na dzieciństwo. Doczekaliśmy się, że Niemcy i Rosja przeszły do działu republik, na kształt tedy "postępowej" Francji, Anglia zaś pozostała "zacofana", bo monarchia.

Przypuszczano długo, że parlamentaryzm zdecyduje raz na zawsze o zdrowym stosunku społeczeństwa a państwa, tj., że państwo będzie oparte o społeczeństwo. Parlamentaryzm wymaga atoli dwóch warunków: zamożności powszechnej i decentralizacji. W społeczeństwie ubogim system reprezentacyjny zawsze będzie szwankować, albowiem demokracja wymaga zamożności, bo musi być opara na jak największej ilości osób niezależnych. Parlamentaryzm zaś przy centralizacji, to już wyraźnie imcompatibilia.

Nadto popełniono błąd, że w imię "suwerenności ludu" przyznano parlamentowi władzę absolutną. Zwycięski konstytucjonalizm nie usunął tedy absolutyzmu, lecz tylko zmienił jego podmiot. Z powodu ruchu rewolucyjnego rozszerzano też prawo głosowania zbytnio i zawczasu. Te dwie przyczyny sprowadziły tzw., kryzys parlamentaryzmu. Znów jeden bożek zrzucony. Parlamentaryzm jednak ani zasadniczo nie jest błędny, ani się bynajmniej nie przeżył, lecz trzeba oddzielić w nim sprawy społeczne od politycznych, zdjąć mu władzę absolutną. Trzeba urządzić państwowość opartą na samorządach, a w takim razie parlament wejdzie na miejsce sobie właściwe.

Lecz trzeba wiedzieć, co to jest samorząd? Jest to ustrój, do którego rządowi centralnemu nie wolno wkraczać ani nawet w najmniejszym stopniu. O tym tutaj rozpisywać się nie będę.

Ostatecznie zwyciężył wszędzie nie parlamentaryzm, lecz biurokracja albowiem konstytucjonaliści wszyscy i wszyscy parlamentarzyści pozostawili przy rządach biurokrację. Historyk ma prawo wyrazić się o tym: Nieprawdopodobne, ale prawdziwe.

Zdaje mi się, że istnieją tylko dwa rodzaje państw, jeżeli będziemy je rozróżniać według istoty rzeczy, a nie według pozorów: państwo biurokratyczne i obywatelskie. Zupełnie zaś jest obojętnym, czy monarchia, czy republika to nie ma nic do rzeczy. Może być republika tyrańska, policyjna, biurokratyczna, depcząca społeczeństwo nawet antyspołeczna - a może być monarchia oparta o społeczeństwo; przy ustroju autonomicznym, a zatem decentralizacyjnym i oddającym prawo publiczne pod kierunek społeczeństwa.

Od tego odbiegają jednak coraz bliżej myśli współczesnych. W naszych czasach zjawiło się hasło państwa totalnego, wszechwładnego, zaciekłego tępiciela społeczeństwa.

Obfitują dzieje Europy w przykłady najzłośliwszego niszczenia społeczeństwa; lecz prym dzierżą indiańskie państwa dawnej Ameryki, a zwłaszcza Peru, gdzie społeczeństwem rząd państwowy kierował, jak hodowca stadem. Spostrzegli się na tym Jezuici, że to rodzima metoda Indian, i gdy okoliczności zezwoliły im na urządzenie państwa indiańskiego w części Paragwaju (reduciones) zrobili to ściśle według dawnej indiańskiej metody, według metody rodzimej tych ludów. Trzeba spojrzeć z tej strony na "eksperyment" guarański; to nie był eksperyment aprioryczny, mieściło się w nim niemało historyzmu. Jakżeż to znamienne, że całe to kwitnące osadnictwo przepadło, gdy Jezuitów usunięto, gdy zmieniono metodę. Indianie sami społeczeństwa wytworzyć nie zdołali, co więcej, pragnęli nad sobą władzy absolutnej, która by całkiem ignorowała wszelki popęd ku utworzeniu społeczeństwa, bo oni w sobie tego popędu nie mieli. Reduciones były mechanizmem, który Jezuici starannie izolowali od zetknięcia z organizmem hiszpańskim; gdy się skończyło odosobnienie, skończyło się wszystko.

Osady guarańskie pokryte są lasem; stanowią przedmiot wypraw wykopaliskowych. Historia ich stanowi zastanawiającą "odkrywkę" cywilizacji indiańskiej, przynajmniej jednej z cywilizacji Indian. Przyczynią się do wyjaśnienia, czemu czerwonoskórzy skazani byli na zagładę w zetknięciu z białymi, gdy tymczasem utrzymała się rasa murzyńska.

Badając stosunek społeczeństwa a państwa, trzeba ciągle mieć na pamięci, o jaką chodzi cywilizację. Systematyczność i ścisłość w tych rozstrząsaniach jest obecnie doniosłą i pilną sprawą społeczną, gdyż stosunek społeczeństwa a państwa stał się jakby drożdżami z fermentacji naszego życia publicznego. Nie ma w całej Europie ani jednego myślącego człowieka, który by się nie interesował tą kwestią. Nie my dopiero wymyśliliśmy ten problem. Istnieje on od zarania dziejów, a przedstawia się nader wielostronnie, skoro tylko gdziekolwiek społeczność pocznie się przemieniać w społeczeństwo zróżniczkowane. Nigdy w całej historii powszechnej nie było takiego zróżnicowania i tak wielostronnego, jak za naszych czasów w krajach cywilizacji łacińskiej; toteż i problem ów nigdy nie posiadał równej doniosłości. Sam dalszy byt cywilizacji naszej zawisł od trafnego rozwiązania problemu; a trafnym może być takie tylko, które będzie zgodne z cywilizacją łacińską.

Byt państwa wymaga nieustannych zabiegów, a te mogą być skutecznymi, wieńczonymi trwałym powodzeniem natenczas tylko, gdy wynikają z jednej i tej samej cywilizacji. Trzeba być ciągle czynnym, by nie popaść w zastój; między czynami zaś musi zachodzić współmierność, bo inaczej jeden czyn będzie przeszkadzać drugiemu i powstanie chaos. Nie wystarcza sama pochopność do czynów, które mogą być wybuchowe, nieobliczalne i szkodliwe. Gdyby sama "aktywność" tj., pochopność, miała stanowić wartość życiową, w takim razie najwyżej wypadłoby stawiać obłąkańców przy pewnych chorobach umysłowych, przy których czyn "leci" za czynem. Nam chodzi o czyny rozumne, moralne. Z takich czynów musi stworzyć się długie pasmo zabiegów, ażeby byt państwa utrwalić i utrzymać je na odpowiedniej wyżynie.

Chodzi o to co stanowi sam szczyt rozwoju człowieczeństwa: o kulturę czynu. Jest to zdatność ustalona do czynów dodatnich, jest to ciągłość czynów pozytywnych.

Tego nie osiągnie się w mieszance cywilizacyjnej. Wystarczy rozważyć choćby tylko kwestie etyki. Jeżeli raz zechce się uwzględnić postulat etyczny, a drugim razem załatwi się sprawę z pominięciem etyki, jakżeż ma powstać pasmo czynów, mogące świadczyć o ustalonej kulturze czynu? Gdzie zaś głowa świecka może być zarazem głową Kościoła, tam rozstrząsanie sumienia w życiu publicznym ograniczone jest do pytania o posłuszeństwo rządowi; tam też nie może istnieć zagadnienie, czy rządowi coś sie godzi; tam rozumie się samo przez się, że państwu wolno wszystko. W tych to państwach przesiąkniętych bizantynizmem, zrodziła się doktryna wszechwładzy państwowej, i przeszła z czasem, niestety, na całą Europę.

Od tego nietrudno było dojść do zapatrywania, jako trzeba uznać za sprawy państwowe wszystko a wszystko, co tylko wyłoni się w jakimkolwiek związku z życiem publicznym, choćby w związku pośrednim; a zatem państwo ma tym bardziej prawo do wszystkiego i prawo nad wszystkim.

W ten sposób Europa pozbywała się zasadniczej cechy cywilizacji łacińskiej, mianowicie dualizmu prawniczego. Dziś obrońcom cywilizacji łacińskiej wypada bronić już nie prawa publicznego, ale prywatnego, żeby nie było pożarte przez wypaczone niezmiernie i rozdęte prawo publiczne.

Gdyby bowiem omnipotencja państwa obejmie władzę nad wszystkimi sprawami dotychczasowego prawa prywatnego, pozyszcze zarazem władzę ograniczania go, modyfikowania i suspendowania. W praktyce będzie to pozostawione "swobodnemu uznaniu" każdego urzędnika w przydzielonym mu zakresie. A w teorii? Nie będzie innego wyjścia teoretycznego jak uznać jako wszystkich i wszystko pozostawia się do swobodnego uznania władcy, któremu nada się prawo dowolnego dysponowania wszystkim i wszystkimi. Wychodzi więc w końcu najzupełniej po turańsku na to, że całe państwo i cała ludność stanowią jakby prywatną własność głowy państwa.

Totalizm państwowy przybrano w teorie w Niemczech i tam stał się najpopularniejszym, bo grunt przygotowany był od dawna, dzięki kulturze bizantyńsko-niemieckiej. Nauka niemiecka pośpieszała również pod te sztandary. Nigdzie nie zajmowano się tak bardzo nauką o państwie, jak w Niemczech. Produkcja niemiecka obejmowała cztery piąte europejskie, a z tego znowu cztery piąte przypadały zwolennikom totalizmu; zaledwie jedna piąta część przypadła uczonym i publicystom, uznającym jeszcze (choćby częściowo) postulaty cywilizacji łacińskiej, a zatem przeciwnym władzy państwowej i tatalizmowi.

Nauka niemiecka domagała się zarazem, by cały świat przyznał jej stanowisko przodujące. Urządzono na całą Europę propagandę samochwalczą, a skuteczną. Imponowało powodzenie polityczne Niemiec i ogrom ich siły materialnej. Wobec mieszanki cywilizacyjnej, rozpanoszonej na całym naszym kontynencie, robiło się wszędzie ustępstwa na rzecz "nauki" niemieckiej, lekceważąc coraz bardziej wszelką metodę krytyczną. Reakcja zrodziła się najpierw w Hiszpanii, gdy Blanco Ibanez użył trafnego wyrażenia "otumanienie niemieckie". U nas Szelągowski narzekał znacznie wcześniej, że nauka polska utknęła w przedpokoju niemieckiej.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. V

Niemiecka mieszanka cywilizacyjna doprowadziła wreszcie do kołobłędu, którego objawy, rozmiary i skutki oglądaliśmy co dopiero. Kto nie chce, żeby go niemieckie wymysły porwały w podobną przepaść, niechaj się ma na ostrożności przed umysłowym zniemczeniem. Oczywiście totalizm państwowy nie stałby się lepszym, gdyby nadciągał z innej strony. Wszystkie odmiany tego obłąkaństwa są niebezpieczne dla cywilizacji łacińskiej, najmniejsza choćby cząstka totalizmu stanowi trutkę dla niej.

Albowiem nie ma takiej cząstki doktryny państwa totalnego, a tym mniej praktyki jego, która by nie zawierała w sobie gnębienia społeczeństwa. Jakimiż bowiem środkami dochodzi państwo do wszechwładzy? Tylko tym, że w środkach nie przebiera. Jakby na wojnie, wszystko wolno! Bo też państwo totalne znajduje się stale na stopie wojennej ze społeczeństwem. Gdyby totalizm zapanował nad Europą, nasza część świata spadłaby do równości z Azją centralną. Tam od dawien nie ma społeczeństwa, a społeczności tamtejsze stanowią li tylko żerowisko dla posiadających władzę. Obraz takiej przyszłości nasuwa się z konkretnych danych, gdyż za totalizmem państwowym i za jak największym ograniczeniem prawa prywatnego oświadczyła się bardzo znaczna część Europejczyków, może nawet więcej niż połowa skoro socjalizm jest na wskroś "totalny" i to już od dawna. Socjaliści wyprzedzili w tym Hitlera przynajmniej o jedno pokolenie, a niektórzy socjalistyczni pisarze polityczni, nawet o dwa pokolenia.

Obecnie totalizmem państwowym trudna walka, bo wszystkie stronnictwa są zarażone tą pomyłką w poszukiwaniu dobra powszechnego; jedne bardziej, drugie mniej, lecz wszystkie są dotknięte przesądem, jako wszystkim dolegliwościom życia najlepiej zaradzi państwo. Różnice poglądów ograniczają się coraz bardziej tylko do pytania, kto ma wykonać tę władzę totalną w imieniu państwa, na czyją korzyść polityczną, w jakim kierunku. Nie zdają sobie sprawy z tego, że państwo totalne opierać się musi na przymusie, nie cofając się przed terrorem. Doprawdy, kombinacje "polityki wewnętrznej" nasuwają coraz bardziej podejrzenie, że w skrytości ducha wszyscy godzą się na terror, chodzi tylko o to, kto ma go wykonać.

Przeciwko totalizmowi przemawia również wzgląd praktyczny; widzimy na każdym kroku, jako państwo dzisiejsze nie spełnia należycie tego, co do niego należy - będąc zajęte przeważnie robotami, które do niego nie należą.

Nie ma obawy, żeby ludzie normalni mieli popaść w przesadę i żeby walka z nadmiarem państwowości wyrabiała się w anarchiczne rozbijanie państwa! Wszyscy, którzy zachowali zdrowy rozum i prosty rozsądek, powtórzą za Stefczykiem: "Każdy pragnący żyć z pracy pragnie ładu i rządu prawdziwego". Tacy tylko wytwarzają społeczeństwo, ale też i rząd powinien być na usługach takich.

Skoro zaś państwo ma być narzędziem narodu, trzeba mu pozostawić w poruczonych mu funkcjach ten stopień swobody i ruchów, jaki potrzebny jest do działania sprawnego i skutecznego. Na miejscu państwa totalnego nie można osadzać jakiegoś totalnego społeczeństwa z takimi samymi złowrogimi cechami. Zwłaszcza zaś, jak państwo nie powinno przedsiębrać niczego przeciw społeczeństwu, również nie może społeczeństwo wyrządzać szkody państwu. Inaczej nastałby upadek tych zrzeszeń. Oba muszą przestrzegać ściśle swych kompetencji, tj., do czego są zdatne. Np., samorząd jest to zawiadowanie sprawami publicznymi bez udziału rządu centralnego państwowego. Już choćby dla tej jednej przyczyny nie wszystkie sprawy nadają się do samorządu. Z drugiej strony obszerny jest zakres działalności praństwowej, lecz są również rzeczy, nie nadające się do państwowości.

Samorządy winny zajmować się sprawami publicznymi, centralny zaś rząd państwowy polityką. Pomieszanie tych działów sprowadziło na całym kontynencie europejskim kompletną dezorientację. Należy dążyć do wyodrębnienia dwóch prawodastw, ażeby państwo i społeczństwo przesały sobie wchodzić w drogę w swych kompetencjach.

Ażeby rozumieć dobrze istotę różnicy pomiędzy społeczeństwem a państwem, trzeba sięgnąć głębiej. Eytkę wytwarza społeczeństwo, a prawo pochodzi od państwa. Eytka może przeczyć prawu i nie poniesie przez to szkody ni państwo, ni społeczeństwo; przeciwnie oba zrzeszenia mogą wiele zyskać na takiej opozycji.

Niebezpieczna bywa tylko dla spekulantów i pasożytów życia publicznego. Jeżeli atoli prawo przeczy etyce, biada wszystkiemu, co pożyteczne, i wszystkim porządnym ludziom!

W cywilizacji łacińskiej prawo ma się opierać na etyce, a państwo na społeczeństwie.

Ten lub ów z polityków odparłby może szyderczo: niechże państwu etyka dostarczy siły! Co do tego, zachodzi w cywilizacji łacińskiej pewna odrębność.

Siła polityczna nie wytwarza się w cywilizacji łacińskiej bezpośrednio, jak w innych cywilizacjach. Ojgurowei "niebiescy" (kwiat cywilizacji turańskiej", gdy zajęli się tworzeniem armii pod pierwszym dżingischanem Temudżinem, gdy przez kilkanaście lat tym byli zajęci wyłącznie, wystawili siłę zbrojną, wystarczającą na szybkie a jednak trwałe podboje od Kijowa do Pekinu. Nic takiego nie wydarzyło się nigdy w cywilizacji łacińskiej. Bizantyńska cywilizacja zdobyła się kilka razy na znaczną siłę polityczną, wytwarzaną wysiłkiem biurokracji i wojska. Były to tylko niedługie błyski w okresach słabości politycznej, lecz bądź co bądź dało się te siłę polityczną wykrzesać pomimo słabości społeczeństwa. W cywilizacji łacińskiej nie zdarzało się atoli nigdy, żeby nagle, ni stąd ni zowąd wzebrała wielka siła polityczna. Pozornie jest to cywilizacja najsłabsza ze wszystkich.

W tej naszej cywilizacji wytwarzają się tylko siły społeczne, które w razie potrzeby przemieniają się na siłę polityczną. Doświadczenie historyczne wykazuje, że w tej cywilizacji nie ma innej siły politycznej, jak tylko oparta na sile społecznej i z niej pochodna. Może ktoś nad tym biadać, może to uznać za objaw niższości cywilizacji łacińskiej. Nie pozosaje mu nic innego, jak porzucić naszą rodzimą cywilizację, a przystać do bizantyńskiej, do turańskiej lub żydowskiej (niechże to robi jawnie), albowiem ta "natura" cywilizacji łacińskiej znieść się nie da. Historia zna jednak fakty świadczące, że uzyskana taką pośrednią drogą siła polityczna nie tylko głębiej jest zakorzeniona, więcej wytrzyma, ale nabiera rozmiarów nadzwyczajnych, nieprzewidywanych.

Wobec takich właściwości jakżeż nie dawać społeczeństwu teoretycznego pierwszeństwa nad państwem? W praktyce dzieje się najlepiej, gdy ta kwestia pierwszeństwa głów nie zaprząta. Musimy się jednak sprzeciwiać doktrynom, którzy by chcieli zaprowadzić supermację prawa nad etyką, a siły politycznej nabierać gnębieniem społeczeństwa.

Cel i kompetencje państwa określiłbym w jednym pojęciu: bezpieczeństwo życia i mienia na wewnątrz i zewnątrz. Ograniczam tedy zakres państwa do cząstki zaledwie jego totalności. Zobaczymy atoli, jak olbrzymim jest ten zakres, jeżeli ma być wypełniany należycie. To zaś możliwe będzie tylko natenczas, gdy państwo samo sobie przestanie przeszkadzać i przestanie się plątać w gmatwaninie spraw do niego nie należących.

Kompetencja musi być odgraniczona, a zatem ograniczona; nie widzę innej drogi do ścisłego określenia kompetencji. Metodą tą nie zwracam się jednak przeciwko państwu, gdyż oznaczenie jego zakresu będzie tym samym ograniczeniem kompetencji społecznej. Niechaj się też Czytelnik nie obawia, że chciałbym nadać państwu rząd słaby! Państwo posiada w cywilizacji łacińskiej delegację od społeczeństwa po to właśnie, żeby stawało się jego siłą fizyczną, oczywiście jak najsilniejszą.

Pomiędzy państwem a społeczeństwem winna panować harmonia. Państwo nie może być acywilizacyjne; musi być państwem w cywilizacji łacińskiej. Inczej nie byłoby współmierności między narodem polskim a jego państwem, a od prawa współmierności nie ma wyjątków. Wynika też z tego, że funkcje publiczne mogą w Polsce spełniać tylko zwolennicy cywilizacji łacińskiej, a więc tylko Polacy chrześcijanie.

Zasady zrzeszania się w społeczeństwie i w państwie muszą być jednolite, a zatem pochodzić z jednej i tej samej cywilizacji. Gdy zabraknie wspólnoty ideału i wspólności metod w osiąganiu go, naród rozerwie się jakoby na dwa odrębne społeczeństwa, które niestety mogą być sobie wrogie.

Przedsłannikiem totalizmu było uwielbienie ślepe dla "rządu silnego"; ślepe, bezkrytyczne, a zgoła nieokreślone. Nikt nigdy nie pragnął, żeby państwo było słabym! Zwolennicy "silnego" wojowali zazwyczaj z wiatrakami. Szerzyli niebezpieczny kult dla frazesu. Z reguły sami nie wiedzą, czego chcą. W praktyce wychodzi na to, że bywają zwolennikami każdorazowego rządu i nie cierpią opozycji może jeszcze bardziej, niż rząd. Co gorsza, wołania ich o siłę na ślepo (bez stawiania wyraźnych warunków) doprowadziły nieraz do takiego wysiłku, iż identyfikowało się rząd z państwem a nawet wprost oddawało się państwo milcząco na łup rządowi. Celem zaś "silnego" rządu stawało się...utrzymać się przy rządach.

W tym kierunku wykonano sporo robót rzeczywiście niepospolitych.

W historii polskiej mamy przykład rządów silnych za Sasów; były to najsilniejsze rządy z całych naszych dziejów. Nawet sprowadzili do kraju wojsko obce. Opozycja była tępiona już to wprost, już to rozmaitymi sztuczkami. Doprowadzono nawet do tego, iż nie można było "ani pisnąć". Społeczeństwo zgnębione, zacofało się i zapadło w "sarmatyzm". Utorowali drogę następnemu silnemu rządowi, Repina. Z naszych dni odznaczyła się piłsudczyzna ze swym Brześciem i długim szeregiem podobnych dzieł. Nigdy nie gnębiono dokładniej społeczeństwa. Skutki takie same, jak niegdyś. Jakżeż jednak liczne i jak głośne chóry zachwycały się, że Polska weszła na drogę dojrzałości politycznej, bo zdobyła się na "rząd silny" i jest mu posłuszną.

Nie tu miejsce na wywód genealogi tego obłędu w Polsce. Zajmijmy się raczej określeniem, jaki jest miernik takiego silnego rządu, jakiego wszyscy zawsze pragniemy; rządu służącego Ojczyźnie, a nie swej chuci władzy.

Chodzi, jak zawsze i wszędzie i przy każdej sposobności, o stosunek państwa a społeczeństwa. Ponieważ w cywilizacji łacińskiej państwo musi opierać się na społeczeństwie, a zatem nie wolno państwu wyrządzać szkód społeczeństwu.

Rząd ma dbać o siłę państwa na zewnątrz. Zaniedba jej z pewnością, jeżeli będzie zaabsorbowany siłactwem na wewnątrz.

Na wewnątrz godzi się używać siły tylko przeciwko działaniom antypaństwowym i antyspołecznym, lecz przenigdy przeciwko przeciwnikom rządu. Opozycja ma takie same prawa jak poplecznicy rządu.

Antypaństwowe i antyspołeczne nastawienie jednostki czy partii, należy określać według cech i wymogów cywilizacji łacińskiej. Państwo musi także należeć do jakiejś cywilizacji. Jażeli rząd nie należy do łacińskiej, jakżeż może rządzić narodem, do tej cywilizacji przynależnym? Sprawy mają się wręcz przeciwnie niż taki rząd mniema. Rząd narodu cywilizacyjnie "łacińskiego" winien okazać się "silnym" przeciwko działaniom i wpływom cywilizacji obcych, żeby od mieszanki wywróciło się państwo.

Rząd nie powinien mieć nic do czynienia ze sprawami społecznymi. Te mają być pozostawione wyłącznie samorządom społecznym.

Im mniej ingerencji państwowej na wewnątrz, tym lepiej. Im mniej urzędów, tym lepsze państwo. Gdzie biurokracja urosła na więź państwową, tam musi dojść do tego, że rządziciele będą umysłowo niżsi od przeciętności w danym kraju. Okaże się w całej nagości małość rządu do spraw wielkich. Nawet gdy chcą zrobić coś pożytecznego, nie potrafią tego zrobić dobrze. Ręka rządu, położona na sprawach społecznych staje się ciężką niezdarną łapą rządową, psującą wszystko...nawet przy najlepszej wierze.

Jednym słowem, krótko a węzłowato: Co robić, żeby głupcy nami nie rządzili?

"Oto jest pytanie!"

Rząd niepowołany poznaje się łatwo po tym, że nie obejdzie się bez cenzury. Ponieważ pochód cywilizacyjny dokonuje się na tle stosunku pomiędzy społeczeństwem a państwem, wynika z tego nadzwyczajna doniosłość nauk politycznych. Swobodna dyskusja polityczna stanowi warunek nieodzowny rozwoju państwa. Twory państwowe, pozbawione tej swobody, zostaną doprowadzone do poziomu azjatyckiego.

W trzech cywilizacjach starożytności roztrząsano publicznie sprawy państwa i społeczeństwa, obmyślając i krytykując, ganiąc, a nawet na piśmie; słowem trzy starożytne cywilizacje posiadały piśmiennictwo polityczne: Chiny, Hellada i Rzym. Smutnie skończyło się to w Chinach w II w., przed Chr..

Rzymscy historycy pisywali za cesarstwa niemało "między wierszami" a prawnicy "dostosowywali się", ale mimo tych ostrożności niejeden autor rzymski padł ofiarą gwałtów rządowych. W samej tylko Helladzie pisywało się z całą swobodą nie wyłączając przedrzeźniania rządów i państwowości. Tam pojawiły się utopie, tam też kpinki i drwinki z nich, w żartach, bajkach i komediach. Tam Plato napisał aż trzy utopie, puściwszy cugle wyobraźni.

Dworuje sobie często nawet w "Politei". W "Nomoi" twierdzi, że chyba tylko bogowie i "synowie bogów" zdołaliby wytrzymać komunizm. "Atlantis" znana jest w ogóle tylko jako utopia. Z drugiej strony satyra polityczna kwitnie w najlepsze tuż pod bokiem osób wyszydzanych. Aristophanes, niedościgły w ciętości, mógł rozwijać swe pomysły publiczne tylko w kraju wolnym, gdzie państwo oparte było na społeczeństwie.

Nie było satyry ni w ogóle piśmiennictwa politycznego w Aleksandrii. Tam fundowano wiekopomne "Muzeum", udzielano poparcia i poetom i przyrodnikom, lecz dla pisarza politycznego nie było tam miejsca. Uczonym i lieratom wszysko było danym, lecz pod warunkiem, żeby się trzymali z daleka od polityki. Zakaz tyn tyczył w ogóle całego społeczeństwa. Sprawy państwowe zarezerwowane były dla nielicznego grona dworzan, stosunek państwa do społeczeństwa urządzany był przez coraz liczniejszych urzędników. Za dawnych faraonów nauka stanowiła tajemnicę stanu kapłańskiego; za nowych hellenistycznych, traktowano naukę publicznie, lecz z tym wyjątkiem, że spraw państwa i społeczeństwa nie traktowało się całkiem.

W wiekach średnich duchowieństwo wydawało pisarzy politycznych. Wszelka nauka mieściła się długo w samym tylko Kościele, ani też nauki o państwie w tym nie brakło. Teorie władzy dwojakiej, duchownej i świeckiej, później supermacji tiary nad koronami i klątwy rzucane na monarchów, to wszystko pochodziło z pewnych zapatrywań na stosunek społeczeństwa do państwa, przy czym Kościół patronował stale społeczeństwu. Uniwersytety wydają pisarzy politycznych, w czym nasz krakowski odznaczył się wielkim Pawłem Włodkowicem. Upadła atoli satyra polityczna, a na jej miejsce wysunął się rodzaj o ileż niższy: pamflet (Falkenberga przeciw Władysławowi Jagielle; polecał Polaków wywieszać). W późniejszych czasach rozszerzył się pamflet najbardziej we Włoszech, prawdopodobnie dlatego, że tam było najwięcej dworów książęcych. Można by spierać się nawet o Macchiavella czy "Il principe" nie był pisany jako pamflet.

Od XVII wieku rzednieją szeregi obrońców społeczeństwa, a mnożą się zastępy całe pisarzy, ścieśniających coraz bardziej pole dla nauk politycznych, rezerwujących uprawianie polityki dla wybrańców dworu monarszego. Zmienia się to radykalnie w połowie XVIII wieku. Nauki polityczne rozkwitają najbardziej w Anglii i do dnia dzisiejszego Anglosasi zajmują na tym polu pierwsze miejsce jakościowo. Rozwój ich mocarstwowy następuje równolegle.

Najswobodniejsze społeczeństwa wytworzyły tedy państwa najpotężniejsze. W cywilizacji łacińskiej wytwarza się bowiem siła polityczna bezpośrednio z siły społecznej.

Na kontynencie wziął jednak górę kierunek przeciwny angielskiemu. Państwo poczęło się wdawać coraz ostrzej w sprawy społeczeństwa. Gdy od drugiej połowy XIX wieku kwestie związane z zagadnieniem dobrobytu wysunęły się na pierwszy plan, państwa kontynentu europejskiego wysilały się, aby te sprawy wyrwać z rąk społeczeństwa, a uczynić je - znów za przykładem Niemiec - monopolem władz państwowych.

Mylnym jest mniemanie, jakoby w wiekach średnich istniała ingerencja państwa w sprawy rzemiosła i handlu. Walka o byt była dozowana przez władze publiczne, lecz nie przez państwo bynajmniej, ale wyłącznie przez samorządy społeczeństwa. Treść wszelkich tego typu "przywilejów królewskich" pochodzi od władz gminnych i cechowych. Przywilej układany był przez atonomiczną władzę interesantów, a władza centralna państwa ("król") zatwierdzała tylko to, co jej do zatwierdzenia podano - a to znaczyło, że zobowiązuje się w razie potrzeby zająć się wyegzekwowaniem prawideł i przywileju poddanych. Miejmyż na uwadze, że w języku średniowiecznym wyraz "przywilej" znaczy prawo szczególne, tyczące wymienionego w akcie zrzeszenia, czasem tylko pewnej osoby (np., drukarza). Nie ma bowiem ogólnego prawa państwowego. Każdy stan, wszelkie zrzeszenie, kupieckie, rzemieślnicze, czy szlacheckie lub kościelne, rządzi się "prawem swoim".

To się rozumie przez "wolności" a nic innego. Układ zaś ekonomiczny społeczeństwa miał dwa cele; żeby było jak najwięcej osób ekonomicznie niezależnych i żeby silniejszy pożerał słabszego. W zasadzie przetrwał ten ustrój aż do wielkiej rewolucji francuskiej; wtenczas zniesiono cechy i od tego zaczęła się ingerencja państwa w sprawy gospodarcze. Z czasem wyrwano cały ten dział, tak zasadniczo społeczny, z ram społeczeństwa i przerzucono go do wszechwładzy państwa.

Wyłuszczyłem w innym miejscu, jak handel powstawał był normalną drogą z rzemiosła i czemu ten rozwój został przerwany. Wielki handel europejski zaczynał stawać się uniwersalnym, gdy wypaczyły go nowe szlaki handlowe, ale handel śródlądowy ustąpić musiał oceanicznemu. Ingerencji państwa opierał się handel skuteczniej od rzemiosł; uległ jej dopieru pod koniec XIX wieku.

Handel jest najstarszym motorem zbliżania ludów. Pojawienie się gdzieś u prymitywnego plemienia obcego kupca-eksploatora, podróżnika handlowego stanowi datę, od której zrzeszenie to zostaje wciągnięte w ruch dziejowy, wydobywając się na szerszy świat.

Handel nie jest bowiem z początku nigdzie lokalnym, lecz zaczyna się od handlu między plemionami i ludami, a często od związku z kwitnącym w dalekich krajach handlem uniwersalnym. Powstaje długi łańcuch ogniw, od hurtownika aż do dostawcy najniższego rzędu, który zbiera towar "u źródeł" (np., pióra strusie w Afryce, skórki wiewiórcze na Rusi wciągniętej w koło handlu bagdadzkiego), ażeby doręczyć go najbliższemu pośrednikowi. Przez całe wieki może kraina dostaw nie wiedzieć niczego o kraju nabywającym i o jego ogniskach handlowych.

Handel lokalny powstać może dopiero na pewnym stopniu dobrobytu danego zrzeszenia.

Najniższy nawet szczebel handlu działa indywidualistycznie. Kupiec przybyły z daleko nie może mieć do czynienia z gromadnością całego zrzeszenia, lecz zwraca się do jednej osoby, a ta w miarę rozwoju interesu przybiera sobie pomocników. Ochotnych nie brak, gdyż wkrótce spostrzegają wszyscy, że przez handel najkrótsza droga do dobrobytu, ponad wszystkie jego szczeble dostępne do tego czasu w ich zrzeszeniu. Kto śmielszy i bardziej przedsiębiorczy, próbuje nawiązać stosunki bezpośrednie z kupcem-przybyszem, poczyna działać na własną rękę. Handel skłania coraz większą ilość osób do indywidualnej samodzielności.

Po szczeblach rozwijającego się handlu można się wznieść do stopnia personalizmu.

Poważny handel zawiera w sobie warunki do tego. Kwitnie w nim poczucie odpowiedzialności, zrozumienie potrzeby norm prawnych, etyka zawodowa, opanowanie się i celowość postępowania. Obok tego wymaga rozwój handlu opanowywanie nie tylko przestrzeni, lecz również czasu aż do pojęcia terminu włącznie. To ostatnie mieści w sobie pierwiastek duchowy o wielkim znaczeniu. Krępując sę terminem, ograniczamy tym samym własną swobodę, opanowujemy się, wyrabiamy w sobie wolę, co więcej, wyznaczanie terminów musi wieść do zabiegów o oszczędzanie czasu. Czas da się (że tak powiem) kapitalizować. W tych usiłowaniach pomnaża się pilność, zapbiegliwość, oszczędność środków materialnych, zwłaszcza pieniądza, oględność, myśl o dalszej przyszłości i wreszcie (korona wszystkiego) poczucie obowiązku względem następnego pokolenia. Słowem: wraz z opanowywaniem czasu rozwija się etyka; faktem jest, że w prawie handlowym najpierw pomyślano o wdowie i dzieciach, w ogóle o postępowaniu po zgonie kupca (bardzo szczegółowe przepisy "dworu gościnnego" w Nowogrodzie W.).

Ludzie patrzący poza własny grób a wykonujący swe prace szybciej od innych, czynią możliwym postęp.

Społeczeństwo osiąga rozwój tym wyższy, im więcej znajdzie się w nim osób, panujących czasowi, umiejących być panem swego czasu. Oszczędzanie lub marnowanie czasu, jest marnowaniem lub użytkowaniem życia. Myśl o dalszej przyszłości wyłania z siebie poczucie obowiązków względem następnego pokolenia. Wytwarza się wysoki altruizm, który w metodzie swej nie jest niczym innym, jak koroną w dziele opanowywania czasu. Umiejętność władania czasem podnosi i rozwija wszystkie a wszystkie dziedziny bytu i myśli.

W handlu pierwsze zawiązki tego pochodu ducha. Sam handel jednak może dostarczyć samych tylko jego zawiązków.

Ograniczoność wpływów czysto handlowych znać najbardziej w tym, że sam handel nie wytworzył nigdy dużego państwa. Zdaje się, że po raz pierwszy złączyły się dążności handlowe i państwowe w uniwersalności babilońskiej. Bardziej jednak uniwersalnymi były handel fenicki i grecki, a jednak państw znaczniejszych nie zbudowały. Jeszcze bardziej pouczającym jest przykład monarchii Aleksandra W., ktróra stała się tylko epizodem, chociaż dla historii handlu tak doniosłym, iż handlowe jego następstwa trwały długie wieki. Handel w owych krajach rozwinął się w prawdziwą potęgę; lecz nie posiadał zdatności do utrzymania lub przywrócenia państwa uniwersalnego, tak pożądanego dla siebie.

Handel jest czynnikiem państwowotwórczym tylko w nieznacznym stopniu. Sam jest czynnikiem niepoślednim, a z reguły niezależnym, samodzielnym. Późno dopiero złączył się w handel z budową państw, aż gdy zrozumiano, że można związać te dwie sprawy, stanowiące aż w głąb wieków średnich oddzielne łożyska bytu historycznego.

Wszelki handel, skoro tylko się zorganizuje, dąży do rozprzestrzeniania; poszukuje coraz nowszych, coraz dalszych źródeł towarów i rynków zbytu. Tendencje przestrzenne łączą handel z państwem wielokrotnie. Państwo jest handlowi nader przydatne, a tym przydatniejsze im bardziej zaborcze, bo dla handlu tym lepiej, im mniej jest granic państwowych.

Na wielką skalę rozwinąć się może już w ustroju rodowym, nie potrzebując wyższego stopnia uspołecznienia. Świadczy o tym historia: Babilon, Fenicja, Syria, Arabia. Zastój w ustroju rodowym nie pociąga za sobą bynajmniej zastoju handlowego.

Zarodnią personalizmu stać się wprawdzie może, lecz nie wszędzie ziarna te padają na grunt żyzny. Nie można przeto ruchu od handlu do personalizmu uważać za prawa dziejowe. Bywa tak, lecz być nie musi.

Pod względem cywilizacyjnym może handel ulec zboczeniu, gdyż staje się handlem państwowym. Zawiązki tej odmiany mogą tkwić od razu w pierwszej fazie handlowej, gdy kupiec przybyły z daleka szuka osób, mogących mu dostarczać towar regularnie, w umówionym czasie i umówionym miejscu. Najdogodniej wejść w stosunki z głową zrzeszenia. Kacykowie afrykańscy zrobili sobie w bardzo wielu plemionach monopol handlu z kupcem zagranicznym. Powiększa to ich władzę, zwiększając wielce dochody; według naszej terminologii powiedzielibyśmy, że wzmacnia się skarb państwa, a przynajmniej fiskalizm. Tu i ówdzie monopol ten pozostaje na stałe, nawet przy bardzo już rozwiniętych stosunkach. Obowiązywał w państwie Salomona. Później celowała w tym cywilizacja turańska i udzieliło się to Słowiańszczyźnie wschodniej. Iwan III handlował rybą suszoną, sprowadzaną z Kaffy, gdzie utrzymywał żydowskiego komisanta. Atamanowie kozaccy handlowali wołami, eksportując na zachód; aż do połowy XVII wieku mieli swój kantor w Brzegu na Śląsku.

Handel kolonialny bywał długo państwowym. Wiadomo powszechnie, jak to było w Hiszpanii i w Anglii. W Europie samej Islandia była traktowana jako kolonia. W połowie XIV wieku handel islandzki ogłoszono jako regale za koncesjami, a kierownictwo było w Bergen; aż dopiero w roku 1786 zniesiono tam handel monopolowy.

Cofnął się wstecz do tego zacofania najnowszy "postęp": bolszewizm.

Mija sto lat od ogłoszenia "manifestu komunistycznego Marxa". Pozornie clem socjalizmu ma być obrona robotnika przed wyzyskiem i wprowadzanie "sprawiedliwości społecznej". W rzeczywistości chodzi o walkę z Krzyżem i o żydowskie ("mesjaniczne") panowanie nad światem. Socjalizm wytworzył z mas ludu miejskiego armię żydowską, gotową na wszystko.

W Polsce jesteśmy świadkami, jak socjaliści dostali już istnego napadu wścieklizny przeciwko własnej Ojczyźnie.

Przemysł rozwinął się nadzwyczajnie (może nawet nadmiernie), wcale nie dzięki kapitalizmowi, a tym mniej rzekomemu "ustrojowi kapitalistycznemu". Jeżeli kapitalizm polega na gromadzeniu mienia w zapas, w takim razie macierzą kapitalizmu jest sól, dzięki której pierwotni rodowcy mogli gromadzić i przechowywać zapasy żywności. Jeżeli zaś znaczenie wyrazu ograniczymy do tego, żeby pieniądz stał się nie celem, lecz środkiem do wytwarzania nowych dóbr, można by już w starożytności dobrać na to przykłady.

Po upadku imperium rzymskiego runęły na całe wieki wszelkie organizacje ekonomiczne, nawet drogi handlowe uległy na zachodzie zapomnieniu. Kapitał, jako środek handlu czy przedsiębiorstwa, zaczyna się odnawiać dopiero w drugiej połowie XIII wieku, najpierw we Włoszech, następnie nad dolnym Renem, potem w Hanzie już w wieku XIV. Nie zmienia to w niczym ustroju społecznego.

Kapitalizm nie jest bynajmniej ustrojem, lecz tylko metodą finansową.

Olbrzymi rozwój przemysłu dokonał się wcale nie przez kapitalizm, który był już dawno przedtem, lecz dzięki odkryciom przyrodników, przemienionych na wynalazki, które pozwoliły opanować odpowiednio siły przyrody. Cała teoria socjalistyczna jest jednym złudzeniem i - łudzeniem.

Ostatecznie doszło do stanu, który przedstawił obrazowo Erazm Majewski jako znajdujemy się "w położeniu pasażerów pociągu kolejowego w ruchu, którego maszynista spadł z lokomotywy".

Socjalizm zdezorganizował społeczeństwo, a państwu dopomógł do totalności.

Wykazał już Erazm Majewski, jako gra ekonomiczna ostatnich kilku pokoleń polega na tym, że siłom przyrody kazano pracować na człowieka. "Władze psychiczne odgrywają w gospodarstwie materialnym rolę pierwszorzędną". Nowoczesna metoda wytwórczości polega na tym, że "osobnik ludzki przy małym wkładzie pracy swego organizmu wyręcza się ekonomicznie pracą sił przyrody. Naprawdę całe nasze bogactwo, to dzieło tylko naszego rozumu, naszych dusz"...

"Gdzież więc tajemnica większej produkcyjności społeczeństw najbardziej rozwiniętych? W potędze wciąż wzrastającej sumy ich władz duchowych"... "Nie tylko praca jest źródłem dzieł ludzkich, ale specjalne zdolności, czyli właściwości twórcze osobników zróżnicowanych"... "Nie z krzywdy ludzkiej wyrastają bogactwa kapitalistów, lecz z rozwiniętej władzy nad przyrodą".

Teoria marksistowskie mieszają wartość z ceną, gdy tymczasem nie ma cen niezależnych od okoliczności. Przedmiot zaś, jakikolwiek, stanowiący "dobro ludzkie, staje się towarem dopiero natenczas, gdy zostaje wystawiony na sprzedaż". Błędnym zaś jest założenie, jakoby cena kosztu była równa wartości towaru. Wartość jest zawsze sprawą hipotetyczną; my jej "nie znamy, domyślamy się tylko jej istnienia". Toteż "idea zysków, płaconych przez spożywców, jest całkiem niedorzeczna".

Należy to do naszego tematu tylko pośrednio, dlatego, że socjalizm stał się taranem przeciwko samorządom społecznym. Socjalistom nie chodzi o to, żeby przemysł rządził się prawem swoim, przyznając w tym uczestnictwo robotnikom, lecz żeby przemysł poddać państwu. O ile socjaliści dorwą się do rządów, nastaje nie tylko monizm prawa publicznego, lecz koniec społeczeństwa, oddanego w niewolę państwu, tj., biurokracji socjalistycznej. Nie ma bowiem państwa bardziej biurokratycznego, jak socjalistyczne.

Ustawodawstwo obmyślane rzekomo tylko celem obrony robotnika, jest z reguły apioryczne, wynikające z doktryny. "Reformy dokonywane na oślep, czy na domysł, byłyby raczej mocno ryzykownymi próbami, dokonywanymi na żywym organizmie, niżeli lekarstwem na chorobę niesprawiedliwości społecznej.

Eksperymentowano też zuchowale i eksperymentuje się coraz usilniej. Coraz bardziej przypomina to Nerona, który dla eksperymentu (artystycznego!) podpalił Rzym. Nawet poważniejsi socjaliści gorszą się kiedy niekiedy tym ekperymentatorstwem wiwisckcyjnym na zrzeszeniach ludzkich dokonywanym. Socjalistyczna senatorka dr Daszyńska-Golińska, zabrawszy głos na posiedzeniu senatu dnia 7 marca 1929 r., w obradach nad budżetem ministerstwa pracy stwierdziła, jako ustawodawstwo socjalne w Polsce zostało tak zorganizowane, iż przerosło nawet istotne potrzeby kraju. Na wyrost tedy! Nawet rzeczy niepotrzebne, jeżeli tylko znajdują się w apriorycznej doktrynie.

Takimi metodami kalczy się i państwo i społeczeństwo. Ze stanowiska cywilizacji łacińskiej musi się ubolewać nad coraz większą przewagą państwa nad społeczeństwem. Zupełna wolność społeczeństwa należy do zasad prawa "łacińskiego". Państwo zaś, zajęte sprawami, które do niego nie należą zaniedba na pewno sprawy sobie właściwe, tj., przede wszystkim bezpieczeństwo życia i mienia na zewnątrz i wewnątrz.

A zatem rzemiosłu wolno dyszeć o tyle, o ile państwo mu pozwoli (czyniąc zawisłym od siebie nawet przyjmowanie terminatorów!!); handel zamienia się na państwowy, przemysł również. Oczywiście zanosi się na coraz gorsze deficyty, aż wyczerpie się do can zdatność podatkowa społeczeństwa. Wtedy przy powszchnej pauperyzacji klika rządzicieli będzie batogami popędzać stado ludzkie, aż wreszcie przepadnie cała cywilizacja i zapadnie się w grzęzawisko biernego zastoju. Jak w Syrii centralnej zaginąć może nawet tradycja wolności, oświaty i zamożności.

Stosunek społeczeństwa a państwa stał się katastrofalnym.

Wstąpmy jeszcze na pomost istniejący pomiędzy państwem a społeczeństwem i przypatrzmy się sprawom z tego punktu obserwacyjnego. Pomostem takim jest sądownictwo. Mo ono być rękojmią prawości i ochroną przeciwko blumizmowi.

Czy to instytucja społeczna czy państwowa? Ma w sobie wiele z obydwu stron - a przynajmniej mieć powinna. Stała się atoli służką państwa. Sędziowie skazują za wszelką opozycję, jaką tylko prokurator zaskarży. We Francji od dawna wydaje się wyroki za przeciwstawianie się jakiemukolwiek rządowi (jaki w danym czasie jest u steru). Przykrą rolę odgrywały sądy za Napoleona III. U nas drastyczne bywały po sądach sceny za piłsudczyzny. Skazywali nawet za obrazę Hitlera, bo rząd polski przyjaźnił się z nim wówczas. A dzisiaj?

Rząd ustanawia nawet nowe rodzaje sądów, jakie mu się podoba, a wszystkie są polityczne. Odnosi się nawet wrażenie, jakoby rząd wypowiedział wojnę sądownictwu, o ile nie zechce zamienić się w ściśle rządową instytucję.

Sądownictwo winno celować współmiernością z cywilizacją łacińską i być przejęte naszą etyką. Tymczasem atoli same nasze kodeksy stały się nader nierównomiernymi cywilizacyjnie. Przez rozmaite uzupełnienia, poprawki, nowele, popadają od dość dawna coraz bardziej w stan mieszanki cywilizacyjnej, nieraz niesamowitej.

Przydałaby się cywilizacyjna "czystka" naszych spraw sądowych. Np., jak to rozumieć, że paserstwo jest niemal bezkarne? Intratny ten zawód przechodzi dziedzicznie z ojca na syna, wymigających się czasem lekkim aresztem.

Zrobiono ze sędziego maszynkę do stosowania paragrafów bez względu na sprawiedliwość. Sądy są od tego, żeby przestrzegać prawa obowiązującego, a czy to prawo jest słuszne czy też bezprawiem odzianym w formy prawne, to sędziego nic nie obchodzi; gdyby się tym zajmował, przekraczałby swą kompetencję, a biada mu, gdby chciał w wyrokach uwzględnić słuszność wbrew paragrafiarstwu. Jeżeli paragraf zawiera bezprawie, sędzia jest od tego, żeby służyć temu bezprawiu.

Nie ma tu nic do rzeczy, czy się sumienie jego nie oburza; on nie jest od tego, żeby mieć sumienie, a tym mniej, żeby się nim kierować; sędzia jest tylko od paragrafiarstwa. Całe sądownictwo, cały tzw., wymiar sprawiedliwości oparte są na fanatycznym kulcie paragrafiarstwa. Kodeks nie jest doradcą sędziego i zbiorem przypuszczalnych wskazówek, które sędzia wienien stosować, modyfikując według sumienia, lecz paragraf musi być stosowany literalnie. Zmechanizowano tedy sądownictwo. Przed laty zdarzało się jeszcze, że ten lub ów sędzia wydawał wyrok po sprawiedliwości według sumienia i motywował go z całą szczerością, pisząc: Jakkolwiek paragraf opiewa tak i owak, jednakże okoliczności świadczą wyraźnie, że w istocie rzeczy zachodzi całkiem coś innego, niżby wynikało z pozorów formalistyki. Wyroki tego rodzaju bywały jednak kasowane przez wyższą instancję, a autorowie ich tracili prawo do awansu. Jeżeli oszust dochowa formalności, może się rozbijać bezpieczny, że sądownictwo stanie w jego obronie. Będzie to trwało dopóty, póki sędziowie nie nabędą upoważnienia, żeby nie dbać o paragrafy, jeżeli one służą za parawan bezprawiu.

Sąd nie tylko nie powinien ulegać niewolniczo paragrafiarstwu, lecz należy przyznać mu władzę, żeby mógł orzekać, czy dana ustawa (a tym bardziej przepis, rozporządzenie) zgodna jest ze słusznością z dobrymi obyczajami (w danym razie z konstytucją). Sędziowie nie powinni być pachołkami ustawodawstwa, lecz jego kontrolerami i krytykami z urzędu. Wobec sądu nie powinno być najmniejszej "suwerenności" żadnego ciała prawodawczego. Może byśmy pozbyli się natenczas ciągłych zamachów na rozum, na sprawiedliwość, a nawet na przyzwoitość publiczną; gdyż doświadczenie historyczne podaje aż nazbyt dowodów, że zgromadzenia prawodawcze bywają powolnym narzędziem każdego a każdego, kto zjedna sobie korpus oficerski i przywłaszczy sobie klucz do skarbu publicznego.

Tak przemawia cywilizacja łacińska. Trzeba nareszcie wystąpić przeciwko mechanizowaniu wymiaru sprawiedliwości, bo inaczej zamienimy się w bandy wynalazców kruczków prawnych. Całemu społeczeństwu grozi z tego zupełna demoralizacja.

Poprzestaję na okazaniu głównych składników naszego tematu. Z jakiegokolwiek punktu obserwacyjnego będziemy zbierać indukcyjnie nasze spostrzeżenia, zewsząd i zawsze spotkamy się z dwoistością prawa publicznego: społeczeństwa i państwa.

Chodzi o to, żeby dwoistość nie wyradzała się w rozdwojenie. Obie te kategorie naszego życia publicznego mają się wzajemnie ograniczać, lecz w taki sposób, iż by się uzupełniały wzajemnie. Każda z nich ma własny zakres, inne środki działania, inną metodę. Państwo może być organizmem lub mechanizmem, gdy tymczasem społeczeństwo może być tylko organizmem. Ponieważ zaś zadania społeczne wysnuwają się z bezpośrednich interesów ludności łatwo każdemu zrozumiałych; zrazu są wyłonione, nie trzeba tedy siły fizycznej, by były wypełniane, gdy tymczasem państwo nie mogłoby istnieć, nie używając przymusu siły fizycznej.

Podnosi się często kwestię, która kłóci się ze zdrowym rozsądkiem: co ważniejsze, społeczeństwo czy państwo.

Wymyślono też zabawną w tym przypadku argumentację, że pierwszeństwo należy się temu, co starsze. Najpierw musieli być ludzie, którzy musieli utworzyć państwo, a ci ludzie trzymali się widocznie razem, a zatem społeczeństwo starsze jest od państwa. To rozumowanie, racjonalistycznie logiczne, jest atoli całkiem błędne wobec historii. Błąd pochodzi stąd, że nie odróżni się społeczeństwa od społeczności. Społeczność istnieje, odkąd ludzie żyli gromadnie, a więc starszą od państwa. Państwo wywodzi się z księstw plemiennych, a zatem powstało przy wyższym szczeblu społeczności, lecz jeszcze przed powstaniem społeczeństwa. Nie każda społeczność rozwinie się w społeczeństwo, ale każda posiada jakąś państwowość, choćby na wzór kacyka z centralnej Afryki. Państwo jest starsze od społeczeństwa.

Nie wynika z tego bynajmniej, żeby społeczeństwo miało być przez państwo gnębione!

Nie można się powoływać w tej materii na "ius altum" państwa. Musimy podnieść protest głośny a powszechny, protest wszystkich zwolenników cywilizacji łacińskiej, przeciwko temu, żeby ius altum rozumiane było, jakoby jakieś "ponadprawo". Ius altum rozstrzygnąć może w pewnych kwestiach, które należy określić zgodnie z pojęciami naszej cywilizacji łacińskiej. Naszym zaś ponadprawem jest etyka totalna.

Nie urządzam żadnego przewrotu, lecz tylko nawrót do tradycji polskich pisarzów politycznych od XV wieku, aż do sejmu czteroletniego, która cywilizacyjnie jest na wskroś łacińską. W toku całej historii powszechnej aż po dni nasze trwa w urządzeniach życia publicznego oscylacja ciągła pomiędzy organizmami a mechanizmami. Obecnie od kilku pokoleń mechanizuje się z wynikami tak przeraźliwymi, iż prąd odrodzeniowy musi temu przeciwdziałać i wzmacniać energicznie wszelkie organizmy i organiczne dążności w państwie i społeczeństwie. Nie można wykluczyć całkiem mechanizmu, bo są dziedziny życia, które z natury swojej stanowią mechanizmy i takie, które muszą być ujęte mechanistycznie ("np., przemysł, wojsko, egzektutywa"). Lecz "mechanika" ma być tylko "malum necessarium"; państwo w cywilizacji łacińskiej musi być zasadniczo organizmem.

Trzeba nam przerobić państwowość z mechanistycznej na organizmową - a zatem punkt ciężkości spoczywa w zagadnieniu administracji, zwyrodniałej od dawna, w biurokrację. Przyjrzyjmyż się bliżej tej kwestii, po czym dopiero rozważmyż pytanie, czy nasze ponadprawo może mieć zastosowanie w życiu publicznym, a więc przede wszystkim w ustroju państwowym.

Podziel się i skomentuj