Czwartek, 23 maja 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. IX

Opublikowano: 2 października 2016 09:13:47
Podziel się i skomentuj

Etyka życia zbiorowego nakazuje, żeby nie odmawiać dobrej woli przeciwnikowi, głoszącemu odmienne zapatrywania; nawet przy radykalnych sprzecznościach zachodzić może ten sam stopień altruizmu, czyli miłości bliźniego. Zła wola zdarza się nader rzadko. Cała rzecz w tym, że obie strony jednako chcą dobrze, lecz jedna z nich się myli. Ludzie dobrzy mogą czynić źle z pomyłki. Gdyby nie to, nie byłoby zła, które z natury jest jałowe i nie posiada siły twórczej. Zło runęłoby szybko w gruzy, gdyby mu się nie powiodło wprowadzić w pole odpowiedniej ilości ludzi dobrych. Dobra intencja głów pomylonych daje się najbardziej we znaki życiu publicznemu.

Zawsze tak bywało! Dla przykładu przytoczę sześć dawnych pomyłek takich, które dziś wyglądają na nieprawdopodobne. Nie sądźmy, jakoby niegdyś tylko umysły ciasne lub mniej szlachetne sprzeciwiały się były tolerancji religijnej. Nasz wielki Paweł Włodkowic z Brudzewa (chluba naszego narodu na równi z Kopernikiem) głosił już w r. 1417 na soborze bazylejskim, jako "wiara nie ma być z przymusu"; ale aż do XVIII w., wydawało się w Europie nakazy i zakazy w sprawach wyznaniowych. Dopiero długie doświadczenie historyczne okazało błędność tej drogi.

Z troski o dobro warstw uboższych, zalecano niegdyś obniżanie stopy pieniężnej bo natenczas dostaje się znaczniejszą ilość pieniędzy do rąk osób mniej zamożnych. Sprzeciwiał się temu Mikołaj Kopernik, nie tylko astronom wielki, ale też wielki ekonomista, i wywodził, że lichy pieniądz sprowadza drożyznę wszystkiego, a najbardziej daje sie we znaki uboższym. Zwrócił też uwagę, że gdy w jakim kraju moneta dobra obok dawniejszej "podlejszej", speklulanci wykupią lepszą i wywożą za granicę, w kraju pozostanie tylko moneta licha (prowadząca do coraz większej drożyzny). To odkrycie Kopernika poszło jednak w zapomnienie i musiało być potem na nowo odkrywane.

Przyjęła się natomiast błędna doktryna tzw., merkantylizmu, złudna i fatalna w skutkach. Działał przykład zbogaconej szybko po odkryciu Ameryki i Hiszpanii. Osądzono, że dobrobyt zawisł od ilości posiadanego złota; podporządkowano tedy wszelkie względy staraniom, żeby z zewnątrz sprowadzić złoto w jak największej ilości. We Francji zakazano swoim kupcom wyjeżdżać po towary za granicę, żeby nie wywozili z kraju pieniądza. Obcy kupcy musieli tedy przyjeżdżać do Francji, objeżdżali cały kraj, przy czym każde miasto stawało się ogniskiem handlu na płody swojej okolicy. Kupcy francuscy zajęci skupowaniem surowca od obcych i odsprzedażą; zeszli do roli pośredników dostarczających towarów kupcom obcym. Późno, dopiero po połowie XVIII w., spostrzeżono się, że cała doktryna wiedzie do skutków opłakanych.

Odkrycie Ameryki sprawiło, że stare wielkie szlaki lądowe handlu uniwersalnego straciły na znaczeniu wobec nowych dróg morskich. Polska skazana była na zubożenie, jeżeli nie opanuje Bałtyku i Morza Czarnego. Ażeby dopomóc ubożejącemu mieszczaństwu, chwycono się za francuskim przykładem merkantylizmu. W r. 1565 zakazano kupcom polskim handlu bezpośredniego z zagranicą. Do Polski przyjeżdżał kupiec obcy, przywożąc towar ze swego kraju a skupując u nas nasze płody (surowce), które też sam sobie odwoził. Nie było to zakazem ani przywozu ani wywozu, lecz kupcy polscy nie mieli się trudnić ani tym, ani owym. Zeszli też na kramarzy. Około roku 1620 zaczęło już ubywać ludności miastom polskim.

Dopiero w r. 1774 spostrzegł się krakowski profesor, Antoni Popławski, że "wolność zatamować i przez to zatamowanie chcieć większych sum pieniężnych nagarnąć i sprowadzić, jest to jedno zaiste, co dla przyczynienia wody w kanale zatkać strumień do niego wpływający".

W połowie XVIII w., pojawił się we Francji nowy system ekonomiczny, tzw. fizjokratyzm, co miało oznaczać "system zgodny z naturą". Zasadnicza jego teza brzmi, że "ziemia jest jedynym źródłem bogactw, a rolnictwo je rozmnaża". Samo tylko rolnictwo uznano za zajęcie naprawdę produktywne; wtenczas też pojawiła się nazwa "stanu żywicieli" na oznaczenie rolników. Wszystkie inne zawody uważali fizjokraci za jałowe i lekceważyli "manufakturę", tudzież handel, jako nie wytwarzające nic dobrego, co by przedtem nie istniało, a tylko poddające przedmioty zmianom przez odpowiednie kombinacje.

W Polsce fizjokratom nie przyjął się. W R. 1786 wystąpiono u nas z twierdzeniem, że wszystkie warstwy społeczne powiększają bogactwo krajowe. Kołłątaj uznawał wszelką pracę za źródło bogactwa.

Skoro mowa o rolnictwie, wspomnę jeszcze o pewnych "pomyłkach" tyczących ludu wiejskiego.

W rozmyślaniach i roztrząsaniach politycznych nie wymyślono uprzywilejowanego ludu, aż dopiero w czasach najnowszych; lecz niegdyś bywały te przywileje całkiem innej natury. Trzymano się zasady, że bronić swej własności przeciwko najazdom zewnętrznym mają sami właściciele, a więc niesprawiedliwością byłoby, żeby pociągnąć do służby wojskowej włościan, nie posiadających własności ziemskiej. Lud wiejski korzystał z przywileju, iż był wolny od wojska. Aż dopiero w r. 1503 na sejmiku w Wojniczu wyrażono życzenie, żeby co dziesiątego kmiecia pociągnąć do pospolitego ruszenia w razie wojny. Niestety minęło kilkadziesiąt lat, zanim się z tym projektem oswojono. Gdyby kmiecie służbą wojskową zbliżyli się byli do organizacji państwowej, gdyby zaczęli mieć obowiązki względem państwa, doczekalibyśmy się też praw w państwie. Gruba pomyłka z pojęć o sprawiedliwości społecznej stała się źródłem wielu szkód.

Nie wszędzie dbano o te względy. We Francji powstała w XVI w., doktryna, jakoby rolnictwo natenczas tylko mogło kwitnąć, jeżeli na roli siedzą dwie warstwy społeczne, panująca szlachta i włościaństwo poddańcze. Kiedy Andrzej Frycz Modrzewski (1503-1572) rzucił pomysł równości wobec prawa i ujmował się za ludem wiejskim, wtedy Jan Bodin (1503-1503), sława Francji, nazwał to szczytem niedorzeczności ("nihil absurdius scribi potuit").

Tych sześć przykładów starczy za dowód, że każdy okres miewa swoje pomyłki i utopie. Bywają utopie tłumu i utopie uczonych, a nieraz łączy się jedno z drugim. Pocieszmy się tym, że w samej tylko cywilizacji łacińskiej szuka się bez ustanku czegoś lepszego. Popełniamy błędy, bo rozum ludzki jest omylny, lecz pochłania nas istna żądza doskonalenia. W innych cywilizacjach nie ma tego prądu. My nigdy nie jesteśmy zadowoleni sami z siebie, bo ciągle widzimy przed sobą coś lepszego i jeszcze lepszego.

Niegdyś kapłani starożytnego Egiptu także spragnieni byli doskonalenia, lecz tylko własnego i ani nie przypuszczali, że można by doskonalić ogół. Wiedzieli dużo, lecz nauka ich nie przemieniła się w oświatę ogółu i zostawała tajemnicą kapłanów. Symbol Egiptu, Sfinks, uderza zagadkowym uśmiechem. Jakby uśmiechał się do nie wtajemniczonych, wyrażając poczucie własnej wyższości, lecz zarazem bezradności wobec niższego ogółu.

Jest w Oriencie jeszcze inny uśmiech, mianowicie w Azji na każdym posągu Buddy, od Chin aż do Rosji "europejskiej". Wszędzie ten uśmiech jednaki, niezależnie od tego, czy wyrażono go w posągach olbrzymich i kosztownych, czy na posążkach, które się wkłada do sakwy wielbłądziej, ruszając w drogę. A uśmiech ten nie jest bynajmniej tajemniczy: od pierwszego wejrzenia widać, jako wyraża zadowolenie, a podkreślone to jest jeszcze całą postacią Buddy, wiecznie wypoczywającego i wygodnie rozsiadłego, widocznie na stałe, na zawsze w pozycji zwiększającej zadowolenie. Siedzi sobie z założonymi rękoma, w kwietyzmie podniesionym do potęgi i bardzo a bardzo zadowolony. Oglądając wizerunki tych posągów, widzi się od razu, dlaczego buddyści nie są do niczego zdolni w życiu historycznym, czemu nie zdołali wytworzyć zwartego zrzeszenia do przeprowadzenia jakichś celów, chociaż ich sa nieprzeliczalnie miliony. Nigdy w Azji nie zdziałano niczego w imię buddyzmu; a państwo uniwersalne mongolskie rozsypało się, gdy dżingischanowie przyjęli buddyzm. Trudno! Prawy buddysta osiąga błogie zadowolenie, gdy go nic nie obchodzi, co się na świecie dzieje. Na nas ćwiczonych cywilizacją łacińską, uśmiech Buddy sprawia wrażenie niemiłe; my bowiem zadowolenia takiego z samego siebie nie zaliczamy do przymiotów dodatnich. I czy widział kto wizerunek Zbawiciela ujęty w wyraz takiego zadowolenia.

Zadowolenie, godne posążku Buddy, znać często tylko u takich, którzy wierzą w niezawodność postępu. Zaczynamy od tego dobór przykładów na pomyłki miłości bliźniego z naszej doby, za naszych czasów. Rzeczywistość historyczna poucza, że postęp może być wprawdzie zawsze, lecz nigdy być nie musi. Czasem idzie się naprzód, a czasem wstecz. Dorobek kilku pokoleń sumiennych i rozumnych zmarnować może jedno pokolenie próżniacze i nierządne.

Drugą straszliwą pomyłkę stanowi zabobon równości. Już w r. 1447 głoszono w uniwersytecie krakowskim, jakoby wszyscy ludzie równymi byli z urodzenia. Rzeczywiście rodzimy się atoli z ogromnymi nierównościami, których niewolnikami jesteśmy przez całe życie. Umysły, ćwiczone w cywilizacji łacińskiej, doszły następnie do równości wobec prawa i to jest jedyna możliwa równość. Poza tym postęp polega nie na zbliżaniu się ku równości, lecz na sprawiedliwym rozdziale nierówności. Równość zniosłaby wszelkie dążenia do wyższości, tak w duchowym zakresie, jako też w materialnym. Zniknęłaby przedsiębiorczość i odpowiedzialność.
Pod hasłem równości przemyca się jednostajność i często robi się z niej jakąś wielką zasadę.

Komunistyczne próby w imię równości robiono już przeszło dwadzieścia razy, wszystkie takie "kolonie" zawodziły. Socjaliści wymawiają się, że tak wielkie ideały nie dawały się urzeczywistnić na małą skalę. A więc bolszewizm? Najlepiej mówić otwarcie.

Fatalne są następstwa innej polityki, jakoby nie zachodziła żadna stała proporcja pomiędzy życiem prywatnym a publicznym. W rzeczywistości zaś życie rodzinne stanowi pierwszy szczebel jakiejkolwiek zdatności do życia zbiorowego w ogóle. Nie jest możliwe, żeby zły syn, zły ojciec, stawał się nagle za domem wielkim obywatelem. Kto zawiódł przy obowiązkach szczebli niższych, nie może być zdatnym do wyższych, pożyteczność dalsza zawisłą jest od pożyteczności poprzedniej. Zapominają o tym ci, którzy w życiu rodzinnemu odmawiają wartości społecznej i zarzucają mu, że absorbuje energię, która mogłaby być przydatną dla celów "wyższych".

Jako czwarty przykład pomyłek naszej doby, przytoczę uwielbienie ludu, najczęściej robotnika. Jak dawniej szlachcic, tak teraz "proletariusz" jest uważany za wykwit człowieczeństwa. Często udaje się gołysza, żeby się wkupić do tego tytułu, który stał się jakimś baronostwem ludowym. Skutki uwielbienia zawsze te same: powstaje samouwielbienie uwielbianego i sobkostwo.

W rzeczywistości żadna warstwa społeczna nie posiada szczególnej wagi przed innymi. Dobro publiczne wymaga jak największego zróżniczkowania w warstwy, stany, zawody, zajęcia. Czy na to, żeby potem niektóre z nich tępić, a jednemu stanowi przyznać "dyktaturę". Wobec dobra publicznego wszystkie stany są równouprawnione. Gdzie kwitną wszystkie dziedziny życia, tam nie istnieje kwestia o pierszeństwo którejś warstwy lub o największą doniosłość pewnego działu pracy społecznej. Te dysputy jałowe bywają tym głośniejsze, im więcej gdzieś zaniedbań.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. IX

Łączy się z tym rozpowszechniona piąta pomyłka, jakoby katolicyzm był w zasadzie przeciwny dobrobytowi, jakoby ubóstwo było w jakiś sposób religijnie uprzywilejowane: toteż ubodzy patrzą na zamożnych nie tylko z nienawiścią, ale z pogardą. Tymczasem jednak zamożność wcale nie jest moralnie niższą od ubóstwa; najszczytniejsze zaś poza materialne nie obejdą się bez środków materialnych. Od materlializmu chroni nas prawo współmierności, żeby starania o dobrobyt nie kłóciły się z moralnością. Ani też nie zależy moralność od stanu majątkowego. Niezmiernie rzadko zdarza się, żeby ktoś kradł na chleb; z reguły kradnie się na zbytki. Są w tym zgodni wszyscy złodzieje i ubodzy i zamożni.

Mija już niemal tysiąc lat, jak wysławiano pustelnika Habrahę za to, że rozdał majątek swej dziewięcioletniej siostrzenicy, żeby jej ułatwić zbawienie. Jest o tym poemat w łacinie "średniej". Poetyzowanie ubóstwa stanowi i teraz piękny temat literacki...lecz na tym koniec. Zła to metoda, żeby normy życiowe czerpać z beletrystyki.

Nieprawda jakoby chrześcijaństwo, a szczególniej Kościół katolicki zajmował się tylko sprawami zaziemskimi. Do tego królestwa, "które nie jest z tego świata" którędyż nam droga, jeśli nie przez ten świat, przez życie ziemskie? Trzeba tedy uprzątać tę drogę, równać, ubezpieczać od zła. Nauka katolicka mieści też w sobie naukę "o państwie Bożym na ziemi", która musi oczywiście uczynić zadość ziemskim potrzebom człowieka. Potrzeb tych nie lekceważy się; chodzi tylko o to, żeby je zaspokajać w zgodzie z dekalogiem. Nie wyklucza się wcale ani dobrobytu. Owszem dążenie do dobrobytu (w uczciwy sposób) stanowi bezwarunkowo obowiązek moralności. Tyczy to i osób i społeczeństwa.

Historia uczy, że zdołają się utrzymać tylko takie zrzeszenia, które niezbyt ciężko głodują i niezbyt długo. Jesteśmy widocznie potomkami przodków, którzy niegdyś w prawieku zdobyli się na jakiś pierwszy krok ku dobrobytowi. A potem cała historia powszechna, a zatem jakieś 6.000 lat ludzkiej pracy, rozwijała się w ramach własności prywatnej i nierówności posiadania. Jedyny wyjątek zaszedł w Chinach około r. 1065. Lecz po kilku latach ogół pracował coraz mniej, namonożyło się złoczyńców, a śmiertelność wzrosła tak dalece, iż ludność zmniejszyła się o połowę; w stosunkach zaś zycia zbiorowego zapanował chaos w całym państwie. Po 18 latach wybuchnęła powszechna rewolucja celem przywrócenia własności prywatnej.

Demonstracyjnemu uwielbieniu proletariatu towarzyszą dwa znamienne objawy (przykładów z naszych czasów szósty i siódmy: walka z drożyzną, prowadzona po dyletancku a z wielkimi przechwałkami, tudzież "walka klas" prowadzona po mistrzowsku przez wszystkich nieprzyjaciół cywilizacji łacińskiej.

Przesąd, jakoby taniość dała się urządzić nakazami z góry wlecze sie do czasów starożytnych. Najstarszy z duchowanych cenników "maksymalnych" pochodzi od cesarza Dioklecjana (284-305) i już wtedy pokpiwano sobie z tego. Ponownie wymyślono to w wiekach średnich. W Polsce rządy przestrzegały tego "obowiązku" ściśle. Posiadamy najkompletniejszy z całej Europy zbiór taks od r. 1425 aż do drugiej połowy XVII w.. Oczywiści nie zdały się na nic, a ekonomiści polscy zdawali sobie z tego sprawę. Jan Abrahamowicz pisał w r. 1595, że będzie taniej, jeżeli się poprawi drogi. Wojciech Gostowski głosił w r. 1622, że taniość lub drożyzna zależy od wartości monety, a na to taksy nie poradzą. Przesąd utrzymywał się jednak. Znamy z naszych czasów "kartki" żywnościowe, węglowe, odzieżowe; przedsmak, jak to będzie, gdy państwo i tylko państwo (socjalistyczne) dostarczać będzie wszystkim wszystkiego. Ależ przy tych "kartkach" jedynie "pasek" ratował nas od głodu, mrozu i nagości.

Walka klas bywała w historii, lecz czasem i nigdy nie trwała długo, bo gdyby trwała gdziekolwiek dłużej, byłaby musiała roznieść to społeczeństwo na strzępy; nie pozostałby tam kamień na kamieniu, rozprzęgłyby się wszelkie stosunki. Biada krajowi, gdzie ona w ogóle się zjawi, a cóż dopiero gdyby miała stanowić oś życia publicznego! Chyba weźmiemy sobie za przykład owe szczury z bajki, które tak się żarły, iż pozostały po nich tylko ogony?

Ma to być lekiem przeciw wyzyskowi "ludu roboczego". Najlepsze więc ze wszystkich bezrobocie, to wtedy lud nie będzie wyzyskiwany? Lepiej tedy, żeby nie było fabryk, ani przemysłu żadnego, ani żadnych majstrów i lepiej nie budować całkiem domów, bo wtedy nie będzie sposobności do wyzysku. Aposterioryczne dociekania stwierdzają jednakże, że "klasy" wcale nie czyhają na siebie (trzeba je dopiero poszczuć), lecz potrzebują się wzajemnie i wzajemnie uzupełniają.

Na dnie przeciwieństw w zapatrywaniach "socjalnych" tkwią wątpliwości, czy ilość dóbr na ziemi jest stała, czy też zmienna; stosownie do swego o tym mniemania troszczą się jedni bardziej o produkcję, inni zaś wyłącznie o podział tych dóbr. Studia aposterioryczne wykazały, że ilość dóbr jest bardzo zmienna i może się także zmniejszać. A zatem należy dbać o produkcję nie mniej niż o metody jej rozdziału między konsumentów.

Wszystkie te troski i kłopoty wyraził doskonale, krótko a węzłowato, Wojciech Górski, niedawno temu twórca i kierownik najlepszej szkoły średniej w Warszawie: "Człowiek kompletny powinien mieć w porządku trzy rzeczy: serce, rozum i kieszeń; kieszeń na to, żeby mógł wykonać to, co mu nakazuje serce i rozum".

W sprawach dobrobytu nastał galimatias coraz większy, odkąd przyznano państwu kompetencję we wszystkim a wszystkim. Powstała teoria państwa "totalnego" tj., że wszystko należy do państwa i od niego zależy. Jest to rozłam pomiędzy państwem a społeczeństwem o ile społeczeństwo nie zostanie w ogóle całkiem stłumione.

Odwieczny spór o kompetencję społeczeństwa a państwa opierał się często o władze duchowne. Zupełnie zrozumiałą jest bizantyńska dążność do gnębienia społeczeństwa; gdzie bowiem cesarzowi przyznano prawo, żeby rozstrzygał wątpliwości dogmatyczne, tam nie można było odmówić mu w ogóle niczego i musiało się wytworzyć państwo absolutyczne. Zwierzchność monarchy nad Kościołem przeszła do rosyjskiego prawosławia, na Zachodzie zaś uznał ją protestantyzm. To prowadzi nas do stwierdzenia ósmej wielkiej pomyłki czasów nowszych, a mianowicie do błędnego mniemania o rzekomej równości wszystkich religii.

Wystarczy zupełnie świeckie, nawet czysto polityczne ujęcie kwestii. Czy uznać totalizm państwa w ogóle, a zwłaszcza czy pozostawić losy społeczeństwa państwu, tj., dowolności osób, które stanowią o państwowości.

Godza się z tym protestantyzm i schizma, oddając życie publiczne na samowolę każdorazowego rządu. Dla katolika jednak życie w społeczeństwie, w narodzie, w państwie stanowi także kwestię religijną i to typu wyższego. W katolicyzmie i w etyce cywilizacji łacińskiej istnieje nawet zagadnienie, kiedy i dokąd jest się winnym posłuszeństwo rządowi.

Są tedy religie nader nierówne, albowiem mają wymagania nader nierówne ilościowo i jakościowo, a nieraz nawet przeciw sobie. Chrześcijaństwo np., oświeca nam drogę do żywota wiecznego, podczas, gdy religie bramińskie i probuddyjskie uważają przedłużenie życia za karę, za najboleśniejszą męczarnię. Zbawienie wieczne i nirwana? Podobnież działa zestawienie katolickiego przekonania o martwości wiary bez uczynków z luterskim i kalwińskim zapatrywaniem, że uczynki nie mają nic do zbawienia. Więc czy religie są równe sobie? Fatalizm muzułmański a katolicka doktryna wolnej woli? Bezkapłańskość żydowska, islamska i protestancka a katolicka consecutio apostolica?

Religie są politeistyczne, monolatryczne, monoteistyczne; lokalne, plemienne, uniwersalne; czy tedy mogą być równe?

Któraż religia nie wpływa na życie publiczne? A czy wpływ będzie jednakowy bez względu na to, czy religia głosi jedną tylko etykę, czy też cztery? Czy to jest sprawa prywatna, że jedne religie uwalniają państwo od moralności, pewna zaś religia żąda etyki w życiu publicznym? Czyż wobec takich różnic można uważać religie za sprawę prywatną? Rzecz ma się przeciwnie; nie ma sprawy bardziej publicznej jak religia.

Czyż przykładając w tej książce do państwa miernik dekalogu, nie poruszono tym samym zagadnienia jak najbardziej publicznego?

Niemożebnym jest wyczerpanie tu wszystkich nasuwających się przykładów pomyłek w miłości bliźniego na płaszczyźnie życia publicznego. Nie sposób jednak nie przytoczyć jednej jeszcze pomyłki głoszonej uporczywie, a dotyczącej wprost bezpośrednio licznych interesów w naszym pokoleniu na dzisiaj i na najbliższą przyszłość. Dziewiątą z rzędu nowoczesnych pomyłek wykażemy, zastastanawiając się nad stosunkiem miasta a wsi.

Ktoś niegdyś użył wyrażenia o przeciwieństwie wsi i miasta; zapewne jaki literat, a miał na myśli odmienność trybów życia, odmienność zapachów, różnicę przestrzeni, ruchów itp. Udatne wyrażenia literackie przedodstają się często do rozstrząsań poważnych i to jako coś takiego, co jest wiadomym powszechnie; tak też wszedł "antagonizm" wiejsko-miejski w debaty polityczne. W rzeczywistości nie ma nic bardziej wzajemnie sobie potrzebnego i wzajemnie przyjacielskiego, jak miasto i wieś. Każdy wieśniak stara się mieć zaprzyjaźniony dom w mieście i każdy mieszczuch doznaje największej radości, gdy otrzyma zaproszenie w gościnę na wieś, choćby tylko na kilka godzin niedzielnego popołudnia. Obserwator baczny życia dojrzy na pewno, jak ci ludzie wzajemnie się cieszą; trudno też nie dostrzegać, że mnożą się coraz bardziej pokrewieństwa i powinowactwa między wsią a miastem. Antagonizm jakiś zaszczepia się sztucznie, frazesowo, apriorystycznie; jeżeli zaś wieśniak wyrzeka się "panów z miasta", rozumie przez to urzędników, lecz nigdy nie mieszczan.

Frazesowicze politykańscy lubią dedukcję i dedukując wstecz, potrafią sobie ułożyć całą historię narodu. Np., skoro pomiędzy miastem a wsią zachodzi antagonizm, a w Polsce rządy były przy szlachcie, która stanowiła żywioł wiejski, a zatem szlachta uciskała miasta. Wniosku takiego wymaga dedukcja z tezy apriorystycznej. Co gorsza wysnuwa się jeszcze wniosek inny, politycznie aktualny: skoro jest antagonizm, więc trzeba wybierać, miasto czy wieś? Czy zajmować się dobrem wsi ze szkodą dla miast, czy też dobrem miast ze szkodą wsi?.

Doświadczenie historyczne poucza o ich wzajemnej ścisłej zawisłości i wymienności gospodarczej, z czego wynika nieuchronny solidaryzm. Kto inaczej mówi, pisze i działa, myli się, a staje się szkodnikiem, choćby poniewolnym.

Zgoła fałszywym jest pogląd, jakoby miasta polskie zawsze były ubogie.

W w. XV powodziło się u nas mieszczaństwu najlepiej ze wszystkich stanów.

Rzemiosła tak się rozwinęły, iż mógł się na nich oprzeć handel, bo robiono na wywóz do wschodnich krain, a popytowi temu nie można było nastarczyć. Drugim źródłem handlu był skup płodów surowych na Litwie i Rusi, a sprowadzenie z Zachodu wyrobów, które często sprzedawano w Polsce dalej na Wschód za pośrednictwem polskiego kupiectwa. Obok tego wszystkiego począł rozkwitać handel zbożowy. Obroty handlowe zdwoiły się i potroiły w ciągu XV w., zwłaszcza gdy po pokoju toruńskim w 1466 r., otwarła się nam droga morska. W Gdańsku ruch okrętów powiększał się sześciokrotnie.

Bogaci mieszczanie skupywali chętnie dobra ziemskie. Ku schyłkowi XV w., znajdowały się już w ich ręku całe okolice podmiejskie; koło każdego miasta powykupywali dobra z rąk szlacheckich. W najbliższej okolicy Krakowa nie było już ani jednej wsi w posiadaniu szlachcica, a podobne stosunki panowały także w sąsiedztwie innych miast mniejszych. Obywatele takiej mieściny, jak Proszkowice, byli właścicielami dóbr ziemskich, i to niemałych. Książęta śląscy, Piastowicze naprawiali sobie nadszargane fortuny posagami bogatych Krakowianek.

Tworzyły się wielkie fortuny mieszczańskie, a pieniądz służył do uzyskiwania dalszych zysków. Ten rodzaj kapitalizmu polega na tym, żeby pieniądz bywał nie tylko końcem przedsięwzięcia (jako zysk za pracę i zabiegi), ale także na odwrót początkiem przedsiębiorstw. Przyszła kolej na takie, których nie można nawet zaczynać bez kapitału. Kapitał stawał się środkiem do pracy, czyli innymi słowy zaczęła się produkcyjność kapitału. Mylą się ci, którzy upatrują w tym początek zmiany ustroju społecznego, podczas gdy mieściła się w tym tylko nowa metoda finansowa.

Od razu zaczęła się walka z kapitałem. Profesorowie uniwersytetu krakowskiego. Mateusz z Krakowa i Benedykt Hesse nawoływali, żeby nie dopuszczać kapitału do robienia przemożnej konkurencji mniej zasobnym. Na próżno!, bo bez użycia gotówki leżałyby odłogiem zbyt wiele dziedzin ludzkiej pracy i twórczości. Ci, którzy mniemali, że można by się obejść bez kapitału byli marzycielami wpatrzonymi w przeszłość, zamiast w przyszłość. Należało myśleć nie o zniszczeniu kapitału, lecz już wtedy wypadało obmyśleć sposoby, jak rozdzielić uczciwie i sprawiedliwie zysk, żeby wyzyskać dobre strony kapitału, a nie narażać się na złe.

Spory naukowe ogarnęły całą Europę. We wszystkich uniwersytetach wydawano mnóstwo rozpraw o kupnie i sprzedaży, o granicy godziwości zysków, o kredycie i procentach itp. W Polsce jeszcze pod koniec XVIw., odzywały się głosy "starej daty" przeciw nowym sposobom zwiększonego handlu.

Za naszych czasów wróciły spory o kapitalizm i wywołały takie roznamiętnienie, jakiego nie oglądano od czasów rewolucji.

Okoliczności kapitalizmu zależą od cywilizacji i związanej z nią etyką. Gdyby go stosować po katolicku, dawałby zgoła inne wyniki. Na ogół ta sama rzecz da się urządzić kapitalistycznie i nie kapitalistycznie. Można należeć do cywilizacji łacińskiej z kapitalizmem lub bez kapitalizmu. Korporacjonizm niekoniecznie musi regulować wszelki kapitalizm, bo kapitalizm nie jest sam w sobie czymś koniecznie ujemnym. Czy należy go utożsamiać z liberalizmem? Liberalizm nie może wprawdzie nie być kapitalistyczny, ale kapitalizm nie musi być liberalistyczny.

Niejedno jeszcze wypadnie przedsięwziąć monograficzne dociekanie naukowe zanim rozstrzygnie się pytanie, czy kapitalizm był istotnie kiedykolwiek ustrojem społecznym i czy jest nim za naszych czasów, czy też tylko metodą finansową.

Miasta uważa się za siedzibę i za główne narzędzie wszelkich zdrożności kapitalizmu; kładzie się też często nacisk na przeciwieństwo miasta i wsi, jakoby na zasadniczy jakiś przejaw antagonizmu kapitału a pracy. Są to urojenia głów, dla których kapitalizm stał się wykładnikiem wszelkich zagadnień życiowych, które nie potrafią już spojrzeć na żadną rzecz koło siebie, żeby się nie dopatrzeć w niej czegoś z "kapitalizmu".

Gdyby polskie miasta były ciągle wzrastały i bogaciły się, nadmierny przyrost ludności wieśniaczej, byłby się przenosił do miast. Szlachcic byłby musiał podawać kmieciom warunki lżejsze, chcąc ich utrzymać na swoich gruntach. Nie tylko włościanin zależałby od dziedzica, ale również wzajemnie dziedzic od włościanina. Na przenoszenie się młodzieży wiejskiej na zarobki do miast nie pomogłaby żadna ustawa! Przyszłość ludu polskiego zależała tedy od przyszłości miast i odtąd jedno z drugim łączy się jak najściślej aż do dnia dzisiejszego.

Nie darmo ustawa Trzeciego Maja rozpisuje się obszernie o miastach, a o wiejskim ludzie zawiera ledwie kilka wierszy.

Wracamy do starej kwestii, gdzie podziać nadmiar ludności wiejskiej? Trzeba w miastach zrobić miejsce dla polskiej młodzieży włościańskiej. Wtedy dopiero załatwiona będzie fundamentalna kwestia społeczna w Polsce, mianowicie choroba polskiej struktury społecznej. Od drugiej połowy XVII w., społeczeństwo nasze stało się niekompletnym, jakby kaleką jednorękim, bo mu brak zamożnego mieszczaństwa. Społeczeństwo jednorękie traci połowę ze swojej obronności, a w kwestii stosunku swego do państwa poddaje się łatwiej wszelkim nadużyciom machiny państwowej.

Równocześnie z drugiej strony takie kalekie społeczeństwo nie może dopilnować należycie interesów narodowych. Na tym kończę wiązankę przykładów, czerpanych umyślnie z dziedzin najrozmaitszych. Omylność nasza w sprawach miłości bliźniego wyższego rzędu, czyli w sprawach dobra powszechnego, nie ulega wątpliwości, a nie ubliża nikomu.

Sięgając do doświadczeń Historii i używając odpowiedniej metody, możemy zmniejszyć znakomicie prawdopodobieństwo omyłek. Skoro sam "czysty" rozum okazał się złym przewodnikiem wypada porzucić cały racjonalizm w poruszanych tu materiach, oprzeć się na doświadczeniu, więc na metodzie indukcyjnej.

Podziel się i skomentuj