Czwartek, 23 maja 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. X

Opublikowano: 8 października 2016 06:04:20
Podziel się i skomentuj

Dotychczas mogłem był spodziewać się jednomyślności z Czytelnikami, obracając sie w zarysach ogólnych; od tego miejsca staje się to wątpliwym, gdyż przechodzę do części pozytywnie konstrukcyjnej, w czym może się okazać różnica zdań, nawet znaczna. Nie ma szablonu ni modelu doskonałości państwowej. W szrankach określonych obywatelskością państwa, cywilizacją łacińską i katolicyzmem, jest miejsca niemało na rozmaite odmienności w doborze środków i form. Zaczyna się wybór, a więc wątpliwości i różnice zdań. Toteż nie można uważać niniejszego dziełka za nic innego, jak tylko za jedną z prób programu urządzeń państwowych.

Chodzi o wielką rzecz, która woła wielkim głosem o współzawodnictwo. Jeden z nich przedstawi tu swój program. Vivat sequens!. Zestawiajmy wyniki naszych dociekań i roztrząsań, aż do wzajemnego pouczania wyłoni się wynik pożądany.

Samorządy to administracja społeczna, która musi być dwojaka, zawodowa i terytorialna.

Zawody przywykliśmy dzielić na produkcyjne i konsumpcyjne. Zawodową inteligencję wliczało się w czambuł pomiędzy nieprodukcyjnych konsumentów. Sądzę, że ten podział powinien zniknąć z roztrząsań gospodarstwa społecznego. Weźmy przykład skrajny: literata. Dostarcza on zarobków fabrykantom i handlarzom papieru, maszyn drukarskich, piór, atramentu, maszyn do pisania, introligatorniom, czcionkarzom, drukarzom, księgarzom i wypożyczalniom książek etc, etc. Ani nawet budowa domu nie dostarcza tylu osobom chleba powszedniego! Strajk autorów byłby powszechną klęską ekonomiczną ludności miejskiej. Podobnież należy rozważyć zawody inżyniera, lekarza, artysty. Nauczyciel szerzeniem oświaty przysparza społeczeństwu jednostek przedsiębiorczych, produkcyjnych. Jakżeż więc jemu samemu odmawiać produkcyjności? Podobnież nie ma produkcji systematycznej bez bezpieczeństwa życia i mienia, a zatem produkcyjnością jest działalność nie tylko policji, ale też całej "palestry", więc sądownictwa i tych zawodów prawniczych, które są sądom potrzebne. Nader rzadkie wyjątki "czystych konsumentów", nie zdołają wytworzyć żadnego zrzeszenia; właściwie cała ludność stanowi "świat pracy".

Nikt nie zaprzeczy, że jednak zachodzi bliższość pomiędzy sędzią a lekarzem, a z drugiej strony pomiędzy rolnikiem a rzemieślnikiem, większa, niż między sędzią a rzemieślnikiem, lub lekarzem a rolnikiem. Z jednej strony mamy zawodową inteligencję, z drugiej strony zaś rolnika, rzemieślnika, przemysłowca i kupca. Te cztery zawody łączą się w życiu zbiorowym, jako gospodarcze.

Co do rzemieślnika zrobię małą uwagę: nie jest on wcale "robotnikiem". Czeladnik pragnący zostać majstrem i założyć sobie (sic!, sobie samemu) własny, odrębny warsztat nie ma z robotnikiem fabrycznym nic wspólnego ani ekonomicznie, ani socjalnie.

Robotnicy należą do organizacji przemysłowych wraz z fabrykantami.

Zapobiegłszy nieporozumieniom z powodu słownictwa zacznę od zwrócenia uwagi, jak (w konsekwencji personalizmu) posiadają wszystkie społeczeństwa cywilizacji łacińskiej, jakby naturalny, popęd do samorządu, co objawia się w skłonności do stowarzyszenia się. Tak było w starożytnym Rzymie ("collegia"). Gdzie nie ma poważnego ruchu stowarzyszeniowego, tam samorząd nie dopisze.

Biurokracja towarzystw nie lubi, centralizm je nienawidzi, absolutyzm się ich boi.

Wolność stowarzyszeń poręcza każda pisana konstytucja w osobnym ustępie dodając zawsze i niezmiennie, że określi to dokładniej osobna ustawa. A potem oczekiwana ustawa składa się ze samych a licznych ograniczeń tejże wolności.

Nie potrzeba żadnej zgoła ustawy o stowarzyszeniach. Każdy ma prawo założyć jakiekolwiek, nie donosząc o tym żadnej władzy. Lecz natomiast stawmy w kodeks karny paragraf brzmiący jak następuje:

"Jeżeli przestępstwo popełniono za pomocą towarzystwa, wymierza się karę podwójną".

Oczywiści przestępczym będzie każde stowarzyszenie, wymierzone przeciw katolicyzmowi lub polskości; dlatego masoneria musi być ściganą.

Ileż oszczędzi się czasu, pisaniny i urzędników, gdy nie będzie żadnej ustawy o stowarzyszeniach! Ileż zniknie szykan, a obchodzenia prawa ze stron obydwóch!

Polskie społeczeństwo złożyło dużo dowodów, że umie świetnie władać stowarzyszeniami. Czyż np., Towarzystwo Pedagogiczne, Towarzystwo Oświaty ludowej, Macierz Polska, Macierz Szkolna, Towarzystwo Szkoły ludowej, Towarzystwo historyczne, Przyrodnicze im Kopernika, Krajoznawcze i inne nie stały się poważnymi instytucjami naszego życia publicznego? Czyż w najcięższej dobie Marcinkowski i ks. Wawrzyniak nie zorganizowali Wielkopolski narodowo i społecznie za pomocą najtrafniej pomyślanych stowarzyszeń? A gdy w latach 1905-1908 zaświtała w zaborze rosyjskim wolność stowarzyszania się, trwająca przez półtora roku, w krótkim czasie wyrósł, jakby spod ziemi (naprawdę spod ziemi, bo przedtem były tajnymi) szereg stowarzyszeń naprawdę znakomitych, budzących podziw nadzwyczajną owocnością.

Arcydziełem ruchu stowarzyszeniowego są kasy Stefczyka. Był to największy i najlepszy użytek, jaki w dawnej Galicji zrobiono ze samorządu. Zrzeszone pod opieką władzy samorządowej (Wydziału Krajowego) wielkie spółdzielnie oszczędnościowe i pożyczkowe musiały się jednak ocierać ciągle o szkodliwą ingerencję władz rządowych. Jakąż byłby wytworzyły siłę społeczną, gdyby były wolne od tej ingerencji!

Obok kas powstawały spółdzielnie melioracyjne, torfiarskie, jajczarskie, ogólno-handlowe itp. Rozległą spółdzielczość rolniczą określił Stefczyk, jako "dobrowolną organizację najszerszych sfer rolniczych, opartą na demokratycznym ustroju, wolności pracy i zarobkowania oraz poszanowania prywatnego prawa własności ziemi".

Już w 1909 roku wystąpił z wnioskami analogicznymi co do drobnego przemysłu i rękodzieła; przez prostą konsekwencję musiała przyjść kolej również na drobny przemysł. W polskiej puszczy ekonomicznej rąbał Stefczyk drogę niezawodną do wytworzenia polskiego "stanu średniego". Jego zdaniem przyszłość należała do spółdzielczości, lecz daleki od doktrynerstwa oświadczył: "Nie wyobrażam sobiej jednak przyszłości, jako bezwzględne panowanie spółdzielczości i nie uważam tego za pożądane." Ani wszystko nie miało być spółdzielczością, ani też ona wszystkim.

Wielkie zaiste dzieło Stefczyka sprowadziło prócz korzyści w zakresie dobrobytu jeszcze wielorakie pożytki moralne. Stwierdzano je nieraz i umiano ocenić. Sam ich twórca tak je określił: "Budzić ducha ofiarności z mienia i trudu w pracy dla dobra publicznego, pielęgnować i kształcić poczucie obywatelskie w chłopie polskim - powołane były i są nasze spółki". Lecz ani sam Stefczyk, ani nikt inny nie zwrócił uwagi na najdonioślejszą stronę tego przedmiotu; Stefczyk dostarczał dowodu, jak dalece mylną była zasada, jakoby pracować można było tylko bez ludu. On pracował z ludem i pokazał, że tędy droga. Znalazł też dość altruizmu we wsi; wszakżeż zasadą jego było, że wszelka praca społeczna, spełniana jako zajęcie uboczne, pozazawodowe, ma być spełniane bezpłatnie.

Okazała się trafna metoda "inicjatywy z dołu". Przeciwnym był Stefczyk zawiązywaniu organizacji kontrolowanych z góry. Ani nawet Instytut naukowy spółdzielczy nie miał mieć nic wspólnego z rządem. "Nie potrzeba nam instytutu rządowego, który by miał ducha biurokratycznego"... Instytut ma być nauczycielem i krzewicielem samopomocy, więc z niej powinien brać życie i na niej się opierać.
Wypaczono potem dużo ze zdrowego dzieła Stefczyka. Gdybyż się powiodło odnowić je w czystości i rozszerzyć w myśl wielkiego planu.

W każdym raziej dzieje samej choćby tylko Stefczykowej spółdzielczości okazują dowolnie, jak dalece dobrowolne towarzystwa prywatne mogą (i powinny) stanowić podłoże i wstępny szczebel do samorządu.

Obok nieograniczonej ilości towarzystw dobrowolnych i dowolnych muszą istnieć organizacje zawodowe, również samorządne, lecz przymusowe. W przeciwieństwie do nieograniczonej ilości zrzeszeń dobrowolnych, przymusowa byłaby dla każdego zawodu tylko jedna.

Zacznę od rolnictwa. Wielki mistrz w tej części życia zbiorowego, Franciszek Stefczyk, wymagał decentralizacji "ogromnej", jednakże przeciwny był tworzeniu "placówek" przymusowej organizacji rolnictwa w gminie lub w parafii. Decydującymi czynnikami robił zarządy powiatowe wybierane na zjeździe delegatów włościaństwa z właścicielami większych dóbr. W niepodległej Polsce łączyłyby się zrzeszenia powiatowe w wojewódzkie, te zaś w ogólnopolski związek stanu rolniczego z odpowiednimi zarządami. Otwarty jest dla nich dostęp do właścicieli większych dóbr. Przenieśmy na barki tego związku całe możliwe ustawodawstwo rolnicze. W punktach stycznych z innymi zawodami porozumie się związek rolników, z takimiż związkami rzemieślników, kupców, przemysłowców w powiecie (jeżeli to wystarczy) w województwie lub w całym państwie. O możliwej wzajemnej ingerencji zawodów będzie mowa niżej.

Rzemieślnik musi należeć do cechu. Cech czuwa nad interesami zawodowymi swych członków, ale też nad ich obowiązkami. Dba o podniesienie swego rzemiosła, o ciągłe wydoskonalenie wyrobów, tudzież o coraz wyższe wykształcenie swej młodzieży. Cech może odjąć prawo wykonywania rzemiosła majstrowi niedbałemu lub czeladnikowi partaczącemu. W sporach między warsztatem a klientem cech jest sądem pierwszej instancji, decydującym przez odpowiedniego delegata zaraz na poczekaniu, najpóźniej w ciągu doby. Odwołanie do sądu koronnego.

Cechy tego samego rzemiosła zrzeszają się przymusowo w związki powiatowe, te zaś mogą dobrowolnie zrzeszać się w wojewódzkie i znów dobrowolnie w ogólno-polski związek pewnego rzemiosła. Związki niższe określają kompetencje wyższych. Aczkolwiek wyższe związki są w tym wypadku dobrowolne, jednakże dopóki istnieją są władzami dla danego rzemiosła i wykonanie ich zarządzeń jest gwarantowane przez państwo.

Wszystkie cechy w powiecie muszą być zrzeszone w ogólno-rzemieślniczy związek powiatowy i dalej w wojewódzki i ogólno-polski. Do ich zakresu należą wszelkie wspólne sprawy całego stanu rzemieślniczego. Podobnież trzy szczeble posiadają przymusowe organizacje handlowe i przemysłowe.

W powiatowych i wojewódzkich istnieją oddziały stosownie do wielkości opłacanych podatków, lecz nie więcej, jak trzy oddziały. Bądź co bądź przekupień uliczny a importer czy eksporter gdyński, prowincjonalny właściciel fabryczki octu a wielkich zakładów metalugicznych - to różne warstwy społeczne, intelektualne i ekonomiczne.

Związek przemysłowy rozpada się w każdym powiecie na dwa oddziały: przedsiębiorców tj., ponoszących ryzyko i pobierających od przedsięborców zapłatę za pracę bez względu na stan interesów. Z tych inżynierowie, majstrowie i czeladnicy w cechach powyzwalani należą do związku inżynierskiego i do cechów; reszta zaś tworzy dział drugi związku przemysłowego, a może dzielić się dowolnie na poddziały. W związkach wojewódzkich rozróżnia się tylko dwa ogólne działy, a zarząd składa się po połowie członków z każdego działu. W ogólno-polskim związku przemysłowym nie rozróżnia się już działów wcale.

Do wytwórczych zajęć gospodarczych dolącza się przewóz, a więc komunikację w ogóle. Manufaktura i handel są w nich zainteresowane bezpośrednio. Obecnie państwo posiada monopol komunikacji nie tylko kolejowej, lecz także automobilowej. Rozwijająca się doskonale sieć linii autobusowych prywatnych ubito, ludzi pozbawiono chleba, uszczuplono zróżniczkowanie społeczne; ledwie na Śląsku nie zdołano jeszcze dokonać tego dzieła niszczycielskiego. Nie czekając, żeby zjawiła się chętka stosowania tej praktyki do innych zawodów, trzeba stłumić te zapędy w samych początkach. Gdyby pozwolić na podobne postępowanie na ogół, mielibyśmy wszystkie szanse, że zostaniemy funkcjonariuszami państwa totalnego, spełniając ideał socjalistyczny. Póki jeszcze nie upaństwowiono furmanek, wózków i taczek, ustanówmy zasadę, że każdej osobie i każdemu zrzeszeniu wolno zarabiać środkami przewozu i tworzyć linie komunikacyjne, byle tylko czynić zadość wymaganiom, potrzebnym ze względu na bezpieczeństwo życia i mienia.

Drogi gminne można zamykać do wyłącznego użytku członków gminy; lecz od powiatowych poczynając każdy ma prawo wolnego używania drogi publicznej. Nie trzeba żadnych "koncesji" na otwarcie komunikacji jakimkolwiek środkiem przewozowym na drogach lądowych, rzecznych lub szlakami powietrznymi.

W zasadzie wolno tedy każdemu stawiać linię kolei żelaznej. Owszem, niech stawia, jeżeli jest właścicielem odpowiedniej szerokości gruntu na całej tej dłużyźnie i jeżeli rozporządza odpowiednim personelem, kompetentnym i odpowiedzialnym za życie i mienie. Trzeba do tego ludzi mnóstwa; mogą założyć umyślne stowarzyszenie.

Względy natury państwowej nakazują jednak zastrzec dla państwa linie komunikacyjne, przechodzące przez więcej województw, niż dwa. Będą to przedsiębiorstwa państwowe, których personel nie będzie posiadać charakteru urzędników państwowych. Będzie zaś przymusowo zrzeszony w stowarzyszenie emerytalne z przymusowymi wkładkami, czy to tworząc specjalne towarzystwo asekuracyjne, czy też o inne się opierając.

Właściciele, kierownicy i personel niepaństwowy linii komunikacyjnych i przewozowych, tworzą osobną warstwę gospodarczą, zorganizowaną przymusowo na wzór cechów; np., związki spedytorów, szoferów, kolejarzy itp. Majstrami są właściciele i kierownicy przedsiębiorstw, personel czeladzią, w czym można odróżniać różne szczeble. Przymusowy związek powiatowy powstaje w ten sposób, że każde przedsiębiorstwo wyznacza swego delegata. Przedsiębiorstwo przechodzące przez kilka powiatów ma tedy swych delegatów w każdym związku powiatowym.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. X

Zawody gospodarskie mają coraz więcej do czynienia z inżynierią, która je uzupełnia i podnosi ich możliwości. Inżynierowie wszelkich rodzajów zrzeszeni będą również w przymusowe związki powiatowe, wojewódzkie, ogólno-polski, jako szósty dział organizacji gospodarczej. Złączenie takie wyjdzie na pewno na dobre i zawodom tamtym i inżynierii.

Jeżeli ktoś wykonuje zajęcia z różnych stanów gospodarczych, musi należeć do odpowiednich związków, choćby do kilku. Po jakimś czasie inżynierowie znajdą się niezawodnie we wszystkich związkach gospodarczych.

Zarządy związków pochodzą z wyborów. Ordynacje wyborcze, ilość wydziałowych, rozdział obowiązków i przepisy ich wykonywania pozostawia się uznaniu związku.

Zarząd każdego związku ogólno-polskiego nie może się atoli składać z osób więcej niż pięciu.

Połączone zarządy ogólno-polskie tych sześciu działów ukonstytuują się, jako Wielki Wydział polskiej gospodarczości. Jest to najwyższa w państwie władza nad tymi zawodami, powołana do rozstrzygania wątpliwości powstałych pomiędzy zarządami związków poszczególnych, także co do interpretacji ustaw.

Gdyby reprezentacje dwóch związków gospodarczych w W.Wydziale uznały, że postanowienie jakieś jednego ze związków szkodliwym jest dla innego lub w ogóle dla dobra powszechnego, mogą wnieść protest w Wielkim Wydziale, a Wielki Wydział może większością głosów nakazać wstrzymanie takiego postanowienia na rok. Gdyby następnego roku sprawa ta sama ponowiła się, może Wielki Wydział wydać zakaz powtórnie na rok. Gdyby się to samo powtórzyło w roku trzecim, dwa zarządy, dwóch ogólno-polskich związków gospodarczych mogą wnieść sprzeciw przeciwko uchwałom Wielkiego Wydziału do sejmu gospodarczego. Ewentualnie sprawa przejdzie do sejmu walnego.

Kadencje wszelkich władz samorządu gospodarczego trwają przez pięć lat.

W ten sposób całe ustawodawstwo, dotyczące zawodów gospodarczych, znajduje się w mocy związków samorządowych, nie podlegając kontroli państwowej. Każdy związek jest prawodawcą na swym obszarze; w powiecie, w województwie, w państwie całym.

Trzeba radykalnie uwolnić się od takich absurdów, jak np., że za trzymanie terminatora podwyższa się majstrowi podatek tak dalece, iż większość majstrów terminatorów nie przyjmuje. Doskonały sposób na zgnębienie polskiego rzemiosła!

Lecz obymślono jeszcze lepszy: majstra otoczyły urzędy państwowe tylu dokuczliwościami, iż znaczna ich część zrzekła się majstrostwa i wpisała się na nowo na czeladników. W handlu i przemyśle nie mniej postanowień zaiste horrendalnych.

Kupcy sami rozstrzygną, czy potrzebne są jakiekolwiek przepisy co do otwierania i zamykania sklepów w dnie powszednie. Mogą np., stanąć na tym stanowisku, że nikomu nic do tego, co kupiec robi ze swoją własnością. Kwestia ta (i podobne) mogłaby być w rozmaitych stronach kraju rozstrzygana rozmaicie, a nie straciłby na tym ni kraj, ni powiat, ni kupiec, ni majster, ani też publiczność. Wielki Wydział zdecyduje, czy należy przestrzegać w czymś jednostajności w całym państwie i ustanowi przepisy dla tych spraw.

Stosunek terminatorów, czeladzi, praktykanów i pomocników handlowych i przewozowych do majstrów i pryncypałów podlega wyłącznie ustawodawstu samorządów. Czeladnicy i subiekci, którym minęły już trzy lata od wyzwolenia, wybierają swych przedstawicieli do samorządów zawodowych, szczegóły tyczące ich wyboru i kompetencji oznaczy komisja wybrana po połowie z majstrów i czeladzi. Żaden pryncypał nie może przymuszać swych pracowników do dnia pracy dłuższego ponad osiem godzin. Dobrowolne przedłużenie pracy zależy od obopólnej umowy. Wolno każdemu pracować ile mu się podoba. Czyż to nie elementarny postulat wolności osobistej? Wszelkie skargi, zażalenia i wątpliwości, tyczące stosunku pracowników do pryncypałów, rozstrzyga samorząd lokalny. Apelować wolno do wojewódzkiego, lecz wyżej już nie.

Cała organizacja mogłaby też być przeprowadzona za pomocą Izb (rolniczych, handlowych itd.) z wykluczeniem jednakże jakichkolwiek ingerencji rządowej. Mogłoby istnieć równoległe organizacje związków i Izb, z ograniczonymi ściśle kompetencjami, lecz można by też zarządy związków urządzić w taki sposób, iż by Izby nie były potrzebne, ale również dobrze można by Izby zorganizować tak, iż wyręczyłyby wszelką inną organizację. Pozostawmy te wątpliwości do rozstrzygnięcia samym zainteresowanym, nie wymagając bynajmniej jednostajności.

W podobny sposób zorganizujemy inteligencję zawodową, również w sześć działów, uwzględniając podobnież Izby. Byłyby to mianowicie związki zawodowe lekarzy, adwokatów, sędziowskie, nauczycielskie ze szkół powszechnych i osobno ze średnich, których organizacje będą niżej omówione szczegółowo w następnych rodziałach, i nadto organizacja szósta, stanu akademickiego, którą tu od razu wyjaśnię.

Uczonych posiada Polska nawet stosunkowo mało, bardzo a bardzo mało. Proponuję sieć bibiliotek naukowych, jako środek do pomnożenia i podźwignięcia nauk w Polsce. Sześć uniwersytetów (z lubelskim) wystarczy nam najzupełniej i na przyszłość, byle tylko były należycie wyposażone w pieniądze i w...ludzi; ale nigdy same uniwersytety nie wytworzą tego co się zowie "światem naukowym", a co u nas jest mizerne. Nie wszystkim się powiedzie zostać profesorami (jest to w znacznej części loterią życia); powinno zaś być uczonych przynajmniej trzy razy tylu, ile jest asystentur w uniwerystetach. Jak dostarczyć utrzymania tej rzeszy?

Zakładajmy na prowincji biblioteki ściśle naukowe, lecz ograniczając każdą do pewnej specjalności, stosownie do warunków miejscowych. Są okolice ułatwiające wielce studium np., geologii, inne wpraszają się wciąż do opracowań historycznych itd. Jeżeli z czasem każdy powiat zdobędzie się na taką bibliotekę i na potrzebne środki naukowe w ogóle i zapewni utrzymanie tylko dwom adeptom nauki zyskamy po niedługim czasie posad dla około 550 uczonych. Nie brak bibliotek prywatnych, których światli właściciele pozwolą wciągnąć w te zbiory w tę sieć o tyle, iż przystaną na funkcjonariuszów uczonych, płatnych z funduszów publicznych.

Jeżeli by w kilku stronach Polski wyszła inicjatywa od samych zainteresowanych, od kandydatów na te posady, i gdy im się powiedzie doprowadzić do skutku początki, choćby na razie najsłabsze, sprawa będzie się rozszerzać przez naśladowanie dobrego przykładu. Nie ulega wątpliwości, że wszyscy światli obywatele całej Polski poprą ten program gorliwie. Biblioteki te nie muszą trzymać się miast; mogą być również dobrze na wsi. Gdy uczony zwolniony jest od kłopotów powszedniego życia i gdy ma dość materiału naukowego, zazwyczaj nie dba o cały świat.

Pobory byłyby na początku równe asystentom z awansami aż do poborów profesora uniwersytetu.

Dobrze urządzoną jest w Polsce służba archiwalna i mogłaby dostarczać pouczenia w niejednym szczególe. Powinno się ją przenieść jak najprędzej na etaty województw.

Muzeów na prowincji mamy już trochę; z czasem zapewne posiądzie je każdy powiat.

Bibliotekarze, archiwiści i muzeolodzy wraz z konserwatorami niech utworzą szósty inteligencji zawodowej związek, który zaważyłby wielce na szali ruchu naukowego w Polsce. Miałby zapewne własne drukarnie i księgarnie.

Nie brakłoby pomiędzy nimi uczonych pierwszorzędnych, ponieważ niejeden przyniesie zacisze (bardzo wygodne) nad katedrę.

Nazwijmy go związkiem akademickim. Nie mogą do niego należeć profesorowie uniwersytetów, gdyż obecność ich zepchnęłaby do roli figurantów tych właśnie, z których pragnie się utworzyć warstwę społeczną.

Absolutnie nie można bibliotek tych łączyć z czytelniami powieści, z wypożyczalniami itp., celem oszczędzania kosztów personelu i robienia "ruchu". Bibioteka naukowa ma istnieć i otrzymywać fundusze na dalsze zakupy bez względu na to, czy poza bibliotekarzem korzysta z niej ktoś drugi, choćby latami całymi nikt się do bibliotekarza nie zgłaszał. Trudno jednak przypuścić, że by pośród nauczycieli szkół średnich w okolicy nie znaleźli się chętni do dalszego kształcenia się naukowego. Znajdą się również osoby średnio zamożne, które dadzą się zachęcić bliskością i dostępnością biblioteki do zaznajamiania się z pewną nauką. Te biblioteki ocalą niejedną zdolność i niejdno powołanie naukowe, duszone przeciwnymi okolicznościami.

W taki sposób zorganizowałoby się zawodową inteligencję również w sześć związków przymusowych wojewódzkich i ogólno-polskich, aż do jej Wielkiego Wydziału, złożonego również z 30 osób.

W schemacie powyższym pominięto artystów, literatów i dziennikarzy. Wychodzę z założenia, że Muzom najlepiej nie zakładać żadnych więzów, ani nawet takich, które mają rzekomo być korzystne. Wyobraźmy sobie oficjalny związek zawodowy poetów! Byłby zapewne uprzywilejowany, a więc przeludniłyby się "rymarzami", dalekimi od związku z poezją i zrobiłaby się karykatura. Nie ma takiej akademii literatury, która by nie wyszła na złe literaturze. Pożądane są stowarzyszenia dobrowolne artystów i literatów, lecz żadną miarą związki zawodowe.

Oby każdy z nich mógł być posesjonatem! Każdy związek powiatowy lub wojewódzki może wyposażyć swego "powietnika", który mu poczynia sławy swoją nieruchomością (choćby najdrobniejszą) i pensją stałą. Nie byłoby też nic nadzwyczajnego w tym, gdyby przynajmniej każde województwo posiadało dobrą orkiestrę symfoniczną.

Inna sprawa z dziennikarzami. Publicysta cierpi na taki nadmiar niepożądanych wcale adeptów, iż związek przymusowy pociągnąłby za sobą wielkie obniżenie tego zawodu. Dziennikarstwo wymaga osobnego traktowania. Niechby grono najpoważniejszych dziennikarzy stowarzyszyło się osobno, deklarując, że stowarzyszenie swe poddają pod opiekę urzędów wojewódzkich. Stowarzyszenie to nabędzie cechy oficjalnej przez to, że przyjmowanie dalszych członków będzie zależne od komisji, złożonej z jednego tylko członka Zarządu stowarzyszenia, a z dwóch członków Rady Wojewódzkiej. Odium za nie przyjęcie spadnie na kancelarię wojewodziańską. Mając zorganizowanych osobno prawdziwych publicystów, posiadających odpowiednie studia i traktujących swój zawód poważnie po obywatelsku, należy temu stowarzyszeniu przekazać wszelkie ustawodawstwo prasowe. Zarządowi stowarzyszenia przysługuje prawo zamykania pism, które treścią lub formą obniżałyby poziom zawodu dziennikarskiego.

Nazwijmy to stowarzyszenie stowarzyszeniem redaktorów, ponieważ tytuł redaktora (strzeżony prawnie) będzie mógł przysługiwać tylko członkom tego zrzeszenia dobrowolnego, a jednak wyjątkowo oficjalnego. Obowiązkiem wojewody będzie pomocnym być stowarzyszeniu, a uchwałom jego zarządu zapewnić szybko egzekutywę.

Na jakie oddziały i działy zechcą się redaktorowie dzielić, zawodowo i terytorialnie, będzie to wyłącznie im samym pozostawione. Jeżeli wytworzą sobie ogólno-polski zarząd, przewodniczący jego będzie pozostawał w porozumieniu z przewodniczącym Zjazdu wojewodów. Ten nieskrępowany stały związek poważnej prasy z najwyższymi przedstawicielami nie rządu, lecz społeczeństwa, będzie gwarancją powagi i rozwagi. Samorządy zawodowe uwieńczone są osobnym sejmem, który nazwijmy społecznym.

Samorząd według zawodów jest nader korzystny dla społeczeństwa, lecz biada gdyby się w nim miało mieścić wszystko! Niedostatki jego muszą być uzupełniane przez samorząd terytorialny. Istnieją interesy wspólne, które są wspólnymi nie z koleżeństwa w zawodzie, lecz przez sąsiedztwo. Muszą istnieć obszary administracyjne. Praństwo obywatelskie także z tej administracji wyklucza wszelką państwowość.

Jednostkę stanowi gmina, wiejska lub miejska, tj., jedna wieś, jedno miasteczko czy miasto. Gminę zbiorową wprowadzono ze względów policyjno-administracyjnych, żeby ułatwić urzędowanie "naczelnikowi", następnie staroście polskiemu, ażeby wójtowie i sołtysowie stanowili przedłużenie starościańskiej ręki. Mnóstwo spraw personalnych (choćby "dowody osobiste") i wsiowo-lokalnych trzeba załatwiać aż w "gminie", o kilka mil drogi (piechotą), toteż przynajmniej połowa nie bywa w ogóle załatwianą. Im więcej spraw załatwia się na miejscu, tym lepsza szkoła życia zbiorowego na wsi, bo sprawy publiczne wchodzą niejako w tok życia powszedniego tej wsi: każdy się o nie ociera i wyrabia sobie o nich zdanie. Przez gminę zbiorową zamiera życie zbiorowe po wsiach i szerzy się z jednej strony zbiorowa ospałość, a z drugiej strony znać już zawiązki specjalnej biurokracji około "gmin".

Gminy zbiorowej trzeba pozbyć się jak najprędzej. Wszelkie sprawy lokalne pewnej wsi winny być w tej samej wsi załatwiane. Niepotrzebne oddawanie spraw władzom pozamiejscowym stanowi wstęp do demoralizacji życia publicznego. W takich stosunkach nie wytworzy się duch obywatelski, ani nawet zrozumienie społeczeństwa, ni państwa.

Administruje gminą wiejską (tj., wsią jedną) rada gminna wybierana na lat pięć przez zgromadzenie wszystkich właścicieli nieruchomości bez względu na ich obszar i zawód właściciela. Należą tu tedy także nieruchomości handlowe (sklepy osobno stojące, magazyny itp.) i przemysłowe (fabryki, elektrownie itp.). Nadto przysługuje prawo wyboru czynnego i biernego, kapłanom i nauczycielom gminy; tudzież przedstawicielom osób prawnych, polskich i katolickich, o ile posiadają w tej gminie nieruchomości. Prawo wyborcze czynne nabywa się z ukończeniem 24 rokiem życia, bierne z 30-tym. Otwarta jest droga dla "dworu", a również dla osiadłych na wsi emerytów, literatów, artystów, rzemieślników, sklepikarzy. O posiadanie małej chatynki nie trudno, i również nie trudno nabyć ćwierć morgi nieużytków.

Rada wybiera wójta (w każdej wsi) i pisarza (sekretarza); inne godności ustanawiać może, lecz nie musi. Płatny jest tylko pisarz. Rada układa dwurocznym budżet gminny.

W razie niedbalstwa lub nadużyć Rada powiatowa zamianuje na czas określony zawiadowcę gminy, na którego przechodzą wszystkie prawa rady gminnej. Wójt może zwołać "gromadę" tj., zgromadzenie wszystkich posiadających prawo wyborcze. Musi gromadę zwołać, jeżeli zażąda tego na piśmie 25 posesjonatów; gdyby odmawiał, prawo zwołania przysługuje najstarszemu wiekiem z podpisanych. Zapewnioną będzie tedy droga legalna dla opozycji.

Gminy wiejskie mogą łączyć się dobrowolnie, mocą uchwał rad gminnych, w związki wsi sąsiednich, kilku lub nawet kilkunastu. Nasuwa się parafia jako zrzeszenie naturalne, lecz kwestię tę pozostawia się decyzji zainteresowanych.

Nierówność obszarów takich okręgów nie ma nic do rzeczy. Rada okręgowa składa się z wójtów okręgów. Zakres jej działania zależy od uchwały samych zainteresowanych rad gminnych. Jednako brzmiąca uchwała o tym musi zapaść na wszystkich radach zamierzonego okręgu. Postanowienia takiej rady parafialnej (okręgowej) mają być przedstawione na piśmie radzie powiatowej; nabierają zaś mocy uchwał prawnych, o ile nie sprzeciwi się im rada powiatowa w ciągu sześciu tygodni od daty pisma wniesionego przez radę okręgu.

Dopuszczanie terytorialnych okręgów dobrowolnych ma na celu wypróbowanie czy wsie polskie same z siebie wytworzą system administracyjny, jaki uznają dla siebie za stosowny, czy uznają potrzebę zrzeszeń drobniejszych w powiecie - podpowiatowych i czy uważałyby za wskazane, żeby w zasadzie parafia stanowiła taki okręg.

Na razie będzie to tylko zbieraniem doświadczeń. Nie można dopuścić, żeby okręg przejmował samowolnie kompetencję powiatu i dlatego uchwały jego nabierają ważności dopiero wtedy, gdy powiat się na to zgodzi. Być może, że praktyka posłuży potem do rozgraniczenia kompetencji rady okręgowej a powiatowej.

W miastach i miasteczkach uznaje się cztery rodzaje własności mieszczańskiej: własność domu, własnego mieszkania, samodzielnego warsztatu lub sklepu. Właścicieli wszystkich tych czterech rodzajów uważa się za posesjonatów miejskich.

Miasteczka i miasta posiadają samorząd w takim tylko razie, jeżeli Polacy stanowią przynajmniej trzecią część zaliczonych posesjonatów. W przeciwnym razie władza państwowa mianuje zawiadowcę, na którego przechodzą prawa rady miejskiej. Gdy trzecia część wymienionej własności znajdzie się w ręku polskim, zgromadzenie polskich posesjonatów rozstrzygnie, czy przejąć samorząd, czy też przedłużyć administrację pańśtwową, aż połowa domów i przedsiębiorstw przejdzie w ręce polskie. Dalej atoli samorządu odraczać nie można.

Powiat jest przymusowym zrzeszeniem administracji terytorialnej, w której włościaństwo styka się z mieszczaństwem. Sprawy powiatowe są wspólne miastom i wsiom. Miasta ponad 60.000 ludności wyjęte są jednak z organizacji powiatowej i tworzą odrębne jednostki samorządu. Rada powiatowa urzęduje przez pięć lat; składa się ze wszystkich burmistrzów w powiecie i tylóż wójtów wiejskich, wybranych przez umyślny zjazd wójtowski. Zawiadowcy w skład Rady nie wchodzą. Rada wybiera przewodniczącego i pisarza (sekretarza). Pisarz jest płatny; musi zamieszkać w stolicy powiatu i prowadzić biuro; może mieć urzędników pomocniczych (spoza rady), których ilość i płace ustanawia rada powiatowa. Są to pracownicy kontraktowi, umówieni najdłużej na pięć lat i są tylko prywatnymi urzędnikami pisarza, który jest za nich odpowiedzialny.

Rada powiatowa uchwala dwuroczny budżet wydatków na sprawy wspólne całemu powiatowi, co nie wymaga zatwierdzania przez żadną władzę wyższą.

Powiaty złączone są przymusowo w rozleglejsze prowincje województwa. Rada wojewódzka składa się z burmistrzów miast korzystających z samorządu, a liczących od 20 do 59 tysięcy mieszkańców; z delegatów mniejszych miast i miasteczek wybranych w ilości 1/3 ich liczby i z delegatów wiejskich, w ilości równej sumie wszystkich delegatów miejskich. Niejednakowa ilość członków rad wojewódzkich w różnych województwach nie ma nic do rzeczy; jest to rzecz zupełnie obojętna.

Nie można narzucać jednej osobie liczniejszych obowiązków nie płatnych. Dlatego więc zamiast przewodniczącego rady powiatowej lub burmistrza, można do rady wojewódzkiej wysłać innego delegata i członkowie tej rady zowią się delegatami.

Rada wojwódzka wybiera wojewodę, niekoniecznie spośród siebie. Warunkiem kandydata do tej godności, jest żeby był posesjonatem w województwie i przedtem członkiem rady gminnej wiejskiej lub miejskiej, albo też zarządu jakiegokolwiek związku zawodowego przymusowego. Nie wymaga się, żeby był przedtem wójtem, burmistrzem lub członkiem rad powiatowej. Wojewoda nie jest bynajmniej przedstawicielem rządu wobec ludności województwa, lecz przeciwnie; reprezentuje tę ludność wobec rządu.

Rada wojewódzka układa budżet wojewódzki dwuroczny na wydatki wspólne wszystkim powiatom. Kadencja rady wojewódzkiej i wojewody trwa lat siedem. Wojewoda ma przy sobie sekretariat ułożony tak samo, jak przy radach powiatowych i na tych samych zasadach.

Rada wojewódzka kieruje sprawami wspólnymi całego województwa. W sprawach tyczących dwóch lub więcej województw, porozumiewają się napierw wojewodowie i odpowiedni referenci zainteresowanych województw, po czym referaty stanowią przedmiot posiedzeń Rad Wojewódzkich. Uchwała obowiązująca zapada w delegowanym do tego gronie składającym się z wojewodów i po jednym delegacie z każdego zainteresowanego województwa. Najwyższą instancję samorządów terytorialnych stanowi zjazd wojewodów. Zwołuje go wojewoda najstarszy wiekiem z własnej inicjatywy lub też na żądanie przynajmniej trzech wojewodów wyrażone na piśmie.

Samorządy terytorialne uwieńczone są osobnym sejmem, który nazwijmy politycznym. Złączone sejmy i polityczny stanowią sejm walny. Takie byłoby rusztowanie samorządów w uprawnionym państwie obywatelskim.

Może wejść w życie publiczne każdy chudopachołek i również arystokrata. Powrót tej warstwy do normalnego życia obywatelskiego jest pożądany, choćby dlatego, że społeczeństwo tym lepiej się rozwija, im bardziej jest zróżniczkowane. Skoro historia wytworzyła u nas tę warstwę, po cóż pozbywać się jej w życiu publicznym?.

Powyższe "rusztowanie" uzupełnię jeszcze jedną kwestią: mianowicie graniczną. Twierdzę, że rozgraniczenie obszarów administracyjnych powinno zależeć nie od nakazu władz, lecz od woli zainteresowanych.

Jeżeli wypadło zmienić granice między sąsiednimi gminami, trzeba było do tego aż głosowania parlamentu. Niechaj sobie to gminy załatwiają same między sobą. Jeżeli obie rady gminne nie zgodzą się w zupełności na nową granicę, obowiązuje nadal dawna. Nie ma żadnego odwołania do wyższej instancji. Zmieniać zaś granice pomiędzy gminami można zawsze.

Granice powiatów i województw pochodzą obecnie od geometrii administracyjnej, uprawianej na mapach metodą biurokratyczną, tj., nie uwzględniając ludzi. Trzeba z tym skończyć, lecz nie można wywoływać ogólnego ciągłego przewrotu.

Każdej gminie przylegającej do granicy dwóch powiatów, przyznajmy prawo przeniesienia się do sąsiedniego powiatu. Termin zmiany: w pół roku po powzięciu uchwały przez radę gminną. Zmiana przynależności powiatowej może jednak nastąpić tylko raz na pięć lat. Gmina musi pozostać w powiecie nowowybranym przynajmniej przez pięć lat, również nie może powrócić do poprzedniego powiatu przed upływem pięciu lat.

Gdy pewna gmina zmieni sobie powiat, staje się przygraniczną następna (położona przedtem nieco w głąb) i jej przysługuje teraz prawo opuszczenia jednego powiatu a przystąpienia do drugiego. Przynależności powiatowej nie może zmienić żadna gmina nie będąca przygraniczną, ażeby nie dopuszczać enklaw. Stopniowo można w ten sposób zmienić nawet znaczny obszar powiatu.

Niejeden powiat może zostać niemało obcięty, inny powiększyć się; ten sam może być z jednej strony obcinany, a z drugiej zwiększny. Może też niejeden wyglądać "nieforemnie" na mapie. Nie szkodzi; byle było tak, jak jest stosowniej dla obywateli.

Można z jednego powiatu zrobić dwa, a wystarczy do tego uchwała rady powiatowej; granice zaś oznaczą ściśle gminy bliskie przypuszczalnej nowej granicy.

Cały powiat może od jednego razu zmienić przynależność wojewódzką natenczas tylko, jeżeli zapadnie jednomyślna uchwała wszystkich członków rady powiatowej. Członkowie, którzy nie byliby obecni na dotyczącym posiedzeniu muszą najpóźniej w ciągu dwóch tygodni wyrazić swe zdanie na piśmie. Chodzi o to, żeby w tym wypadku nie dopuścić do zmajoryzowania mniejszości, pragnącej pozostać w dotychczasowym związku wojewódzkim. Kraina wcielona do nowego województwa wbrew swej woli, niezgodnie ze swymi interesami, więc wbrew swym interesom, stałaby się albo kulą u nogi na zebraniach rady wojewódzkiej, zmuszonej pilnować interesów obcych całej reszczie województwa, albo też byłaby zdeptana w swych interesach, gdyby inne powiaty nie chciały ich uwzględnić lub też uwzględniać ich nie mogły. Granice województw mogą atoli ulegać zmianie w ten sposób, że gminy przygraniczne przejdą do powiatu sąsiedniego województwa.

Gdyby w jakimś województwie powtarzały się częściej wątpliwości co do wspólności interesów, obszar jego i granice okazywałyby się tym samym utworem sztucznym (odziedziczonym po biurokracji). Rada wojewódzka zastanowi się tedy czy województwo ma istnieć nadal, czy ma być rozdzielone na dwa, czy też powiaty jego (lub część ich) poprzydzielać do województw ościennych. Ponieważ w tym ostatnim wypadku wyłania się sprawa pomiędzy dwoma województwami musi nastąpić porozumienie wojewodów. W danym razie trzeba poczekać aż do zmiany wojewody. Jeżeli powiaty będą pragnąć zmiany, wybiorą do rady wojewódzkiej delegatów zmianie przychylnych, a ci nie wybiorą wojewody, który byłby przeciwnego zdania.

Mogą powstać województwa o bardzo nierównych rozmiarach. Jest to całkiem obojętne. Czasem na niedużym obszarze zaznacza się wyraziście odmienność warunków bytu, wymagająca odmienności administracyjnej. W dawnej Polsce obok województw były "ziemie". Praktyka pouczy czy naśladować dawny przykład, czy też wystarczy pewne wyodrębnienie takiej krainy z osobnym sekretariatem przy wojewodzie.

Zawarte w niniejszym rozdziale projekty stanowią administrację organiczną. Administracja może być bowiem dwojaka: organiczna i mechaniczna. Państwo będąc oparte na przymusie, nie zdoła wytworzyć organizmu administracyjnego, lecz musi poprzestać na mechanizmach; przeciwnie społeczeństwo: drogą naturalną wytwarza w sobie organizmy. Do uporządkowania życia publicznego potrzebne to i tamto. Nie lekceważmy mechanizmów zasadniczo, a tym mniej nie potępiajmy ich z góry i w czambuł. Chodzi o to, żeby wszystko było na właściwym miejscu; nie dopuszczajmy, żeby organizmy miały być zadeptywane przez mechanizmy, ale też nie kuśmy się, żeby obmyślać organizmy tam, gdzie w sam raz potrzeba mechanizmu. Jeżeli trzeba wymyślnych sposobów, ażeby skonstruować jakieś urządzenie, które pragnęlibyśmy mieć organizmem; szkoda naszych trudów, bo z tego mimo wszystko zrobi się mechanizm. Organizmu nie robi się sztucznie, a sztuczna jego jakaś namiastka nie będzie nabytkiem dodatnim. Lepiej w takim razie chwycić się od razu mechanizmu.

Caeteris paribus ma atoli zawsze organizm pierwszeństwo i dlatego należy jak najwięcej spraw publicznych załatwiać w samorządach. Państwu pozostawmy to, czego one nie potrafią.

Dla przykładu rozważmy, czy szkoły i sądy obeszłyby się bez ingerencji państwa.

Podziel się i skomentuj