Czwartek, 23 maja 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. XII

Opublikowano: 22 października 2016 13:55:45
Podziel się i skomentuj

Bezpieczeństwo życia i mienia jest celem i obowiązkiem rządu; doktrynalnie przeto należy sądownictwo do atrybutów państwa. Indukcja staje atoli w tym wypadku dobitnie przeciwko doktrynie, a to na podstawie dwojakiego doświadczenia.

Dowiedzieliśmy się od rokoszan "majowych", jako rządowi przysługuje prawo, żeby zawieszać niezawisłość sędziów. Według zasad cywilizacji łacińskiej jest to istny bezrząd, zamach na porządek i uczciwość, anarchia z góry. Kwestia sądownictwa cierpi atoli jeszcze na inne bolączki, ogólno-europejskie, a wcale nie przygodne. Skoro zwierzchnik sądownictwa jest ministrem, członkiem gabinetu, pomocnikiem premiera, a zatem musi należeć do stronnictwa rządzącego; inaczej bowiem nie zostałby ministrem. Będąc członkiem gabinetu solidaryzuje się z tym kierunkiem polityki, który znajduje się w danym momencie u steru. Gdy nastąpi przesilenie gabinetowe, minister sprawiedliwości ustąpi z jakiejś racji politycznej, a następca jego będzie wyniesiony na świeczniki sprawiedliwości znowu w imię jakiejś innej racji politycznej. Jeżeli gabinet zmieni się za kilka miesięcy, a choćby tygodni, zwierzchnictwo nad sądownictwem i przyległymi mu działami zmieniać się będzie jednocześnie, choćby sto razy na jedno pokolenie. Nie ma zaś państwa na lądzie europejskim, w którym kiedy niekiedy nie byłoby się zdarzyło to i owo, czym zdradzała się polityczność sprawiedliwości.

Co wymiar sprawiedliwości ma mieć wspólnego ze stronnictwem politycznym, z głosowaniem w parlamencie, z upadkiem gabinetu; czyż sądownictwo ma także być "politicum"?

Jedyna na to rada: odebrać sądownictwo państwu, a przenieść je pomiędzy instytucje społeczne z taką ostrożnością i przezornością, ażeby nawet od społeczeństwa było niezawisłe. Sądownictwo może być zależnym tylko od sędziów.

To oświadczenie zapewne nie zadowoli najszerszych warstw: nader pospolitym jest bowiem okrzyk: Nie ma sprawiedliwości! Wyrzekania takie słyszeć można dzień w dzień z najrozmaitszych ust, przy najrozmaitszych sposobnościach. Po prostu nie ma takiej sposobności, przy której nie słyszałoby się tego okrzyku rozpaczliwego. Przyznają to sami sędziowie, zawodowi szafarze sprawiedliwości. Sam słyszałem, jak sędzia wydawszy wyrok, sam przyznawał słuszność skazanemu (w sprawie cywilnej). Mówił głośno wobec kilkudziesięciu osób do spłakanej kobiety: "Ja wiem, że Pani dzieje się krzywda; Pani wpadła, ale cóż ja poradzę? Musiałem wydać taki wyrok, bo takie jest prawo". Było to z okazji ustawy o ochronie lokatorów, która była niemądra i nieuczciwa do tego stopnia, iż pod jej ochroną handlowało się cudzą własnością (sprzedaż mieszkań w cudzym domu). Ileż najzacniejszych osób skazywały sądy, wydając wyrok na korzyść łajdaków? Cóż począć? Sędzia stał na straży przepisów.

Łatwo sobie wyobrazić, ile po każdym takim wyroku zaciska się pięści i wyrywa się znękanym ludziom okrzyków: nie ma sprawiedliwości!

Rzadko kto wie, że sędzia w "nowoczesnym państwie praworządnym" nie jest od tego, by czynił sprawiedliwość, lecz od tego, by strzegł wyłącznie wykonywania ustaw. Jeżeli ustawa jest niesprawiedliwa lub niemądra, sędzia musi wydać wyrok odpowiedni do ustawy. On wie doskonale w czym sprawa szwankuje, lecz...musi.

Jeżeli wyjdzie od jakiegokolwiek ministerstwa przepis, że białe jest czarnym, a czarne białym, sędzia skaże na więzienie każdego, kto by się ośmielał twierdzić, że czarne nie może być jednocześnie białym. Przez mieszankę cywilizacji doszliśmy już do takiego stopnia barbarzyństwa, iż nakładamy na sędziego obowiązek, żeby świadomie wydawał wyroki niesprawiedliwe. Dziwna zaiste rzecz, że kwestia ta nie posiada swej "literatury", że nie ma na ten temat szerego rozpraw spod piór adwokatów, sędziów, prokuratorów i że nie zabierał na ten temat nigdy głosu żaden minister sprawiedliwości.

Wiem, że sędzia, układając wyrok, może sobie rozmaicie radzić i obejść niemądrą, krzywdzącą ustawę. Lecz cóż to za porządek, żeby sędzia potrzebował obchodzić prawo? Znałem takiego sędziego, który wprost wpisywał w swych wyrokach: "Zważywszy, że przepis ustawy jest przeciwny słuszności..."; ale tez wyższa instancja kwestionowała mu te wyroki i pociągała do odpowiedzialności; awansował zaś, gdy mu wypadało pójść na emeryturę!

Szerokie warstwy wydziwiają się na sędziów i poddają w wątpliwość ich uczciwość. Iluż jest takich, którzy wiedzą, że źródło zła tkwi nie w osobach, lecz w systemie, w metodzie wymiaru sprawiedliwości? Na dnie tej sprawy zawikłanej, a jak najprzykrzejszej i przynoszącej wstyd państwu nowoczesnemu, tkwią pewne fałszywe pojęcia, przede wszystkim o stosunku etyki a prawa.

Stosunek etyki a prawa stanowi zagadnienie najwyższych szczebli umysłu ludzkiego. Pomiędzy etyką a prawem rozgrywa się walna część życia prywatnego i całe publiczne. Różnica tych dwóch dziedzin w tym, że prawo jest przymusowe, etyka dobrowolna. W średnich wiekach bywały te kategorie zgodne, dopiero w czasach nowożytnych przeciwstawiono je sobie. Nie tkwi to bynajmniej w istocie rzeczy. By dojść do takiego wniosku, trzeba było przez długi czas uprawiać etykę sztuczną, a sam pomysł tego przeciwieństwa świadczy o sztuczności doprowadzonej do absurdu.

Etyka jest wcześniejsza od prawa, które powinno być tylko pieczęcią na postulatach etycznych, poprzednio już ustalonych. Gdy prawo nie kroczy śladami szybciej się rozwijającej etyki, powstaje dwoistość, której nie zniesie na dłuższą metę żadne zrzeszenie, lecz popadnie z rozkład. A prawo przemienić w etykę? Etyka nie może być zawisła od prawa, jakie obowiązuje w danym miejscu i danego dnia.

Albo jest prawa przewodniczką - albo całkiem jej nie ma.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. XII

Nie zawsze jest uczciwie korzystać ze swych praw. Człowiek porządny nie realizuje korzyści, zapewnionych mu przez prawo, jeżeli one nie są zgodne z etyką. Nie jest uczciwym człowiek, wywodzący swą uczciwość z kodeksu. Jeżeli ktoś stosunek do innych określa formułą: jestem w zgodzie z prawem, a więc jestem w porządku - miejmy się przed takim na baczności, bo to może być niebezpieczny drab.

Pierwotne prawo nie burzyło życia, lecz je ożywiało i przyczyniało się do rozwoju moralności, zamieniając postulaty etyczne na obowiązek wobec prawa: pierwotne bowiem prawo było aposterioryczne. Powstało jednak później prawo sztuczne, apioryczne, udzielające sankcji fikcjom, stosunkom wyimaginowanym, tj., pomysłom, chcącym urządzać stosunki według planu z góry powziętego.

Dodajmy do tego mylne pojęcie o państwie i państwowości (wyliczone w poprzednich rodziałach). Im nierozumniejsze gdzieś życie zbiorowe, im amoralniejsza skutkiem tego w takim państwie państwowość, tym więcej przestępstw, o których powiedzieć można, że pochodzą z winy przewrotnych przepisów. I tej sztuczności kazano pilnować sędziemu! Takiego pędu do zła nabrało nowoczesne państwo!

Sprawiedliwość jest to suma rozumu i sumienia. Zwolennicy sądownictwa burokratycznego, opartego na przepisach, rozumują w ten sposób, że sumienie pozostawia człowieka często w wątpliwościach, więc bezpieczniejszy jest przepis dany wyraźnie na piśmie; do "wątpiącego" sumienia można się stosować albo nie, a za przepisem idzie przymus i cała odpowiedzialność spada na władzę, która wydała przepis.

Ludzie ci mówią szczerze. Do odpowiedzialności nie są zdatni, gdyż nie są pewni siebie w rozróżnianiu dobra i zła. Pojęcia o tym zależą od cywilizacji, do jakiej się należy, oni zaś nie należą właściwie do żadnej, gdyż stanowią swą umysłowością przejaw i przynależność mieszanki cywilizacyjnej. W każdej cywilizacji sumienie może się odzywać inaczej; w mieszance tedy powstaje harmider etyk i w sumieniu taki chaos, taka rozbieżność, iż ci ludzie naprawdę nie wiedzą, co myśleć i jak postąpić.

Niechże nas Bóg broni od sędziów cywilizacyjnie "pomieszanych"!

Sąd nie może być cywilizowanym na dwa sposoby; dlatego w państwie polskim obywatelskich sędziami mogą być tylko osoby z łona cywilizacji łacińskiej.

Przestrzeganie tej zasady koniecznym jest w tym celu, ażeby sędziowie mogli śmiało wydawać wyroki według swego sumienia. Sumienie jest to autokrytyka etyczna; musi być oparte o jakąś etykę. Nam zaś chodzi o to, żeby sumienie naszych sędziów opierało się na etyce cywilizacji łacińskiej, która jest katolicka, mająca na czele katolicką interpretację dekalogu.

Na takim tle będzie każdy sędzia odróżniać mala in se, a mala quia prohibita i uzna za przestępstwa bezwarunkowo to wszystko, co jest złym samo w sobie, choćby nawet było dozwolone przez ustawy; mniej zaś będzie się interesować przestępstwami przeciwko czasowym przepisom. To drugie pozostawmy tzw., sądownictwu administracyjnemu, które zresztą w państwie obywatelskim będzie miało niezmiernie mało do roboty, ponieważ ilość przepisów spadnie do minimum.

Czy za przekroczenie przepisów administracyjnych ma skazywać władza administracyjna, czy sądowa? Jakiś poczciwiec wymedytował, że dla uniknięcia "samowoli administracyjnej" trzeba stawić przed sądy np., kupca, który zamknął sklep w 10 minut po siódemej. I oto jakimi wierutnymi głupstwami zasypywało się sądy, przeciążone już przedtem, przeciążyło się je do reszty, z czego musiał nastąpić upadek sądownictwa. Jesienią w r. 1926 liczne sądy w Polsce miały już wyznaczone "sprawy" na cały rok 1927. Ale w państwie obywatelskim nie będzie takich przepisów.

Sędziego trzeba zwolnić od ślepego posłuszeństwa kodeksom i wszelkim ustawom. Kodeks niechaj stanowi tylko księgę doradczą. Dajmy sędziom sądzić według sumienia, a zapanuje w sądach sprawiedliwość.

Sędziowie polscy (a zwłaszcza małopolscy) okazywali dużo zrozumienia dla ideowej strony swego zawodu i byli dalekimi od tego, żeby się robić machinalnymi paragrafiarzami - dopóki ministerstwo sprawiedliwości nie podcięło im skrzydeł.

Za czasów "galicyjskich" chociaż np., spółdzielnie Stefczyka musiały załatwiać w sądach dużo niepotrzebnej formalistyki, jednakże usuwał ją Wyższy Sąd krajowy we Lwowie i na ogół "stosunkowo najprędzej i najłatwiej ułożyły się stosunki spółek z władzami sądowymi" (podczas gdy ze starostwami trudności nie kończyły się). Kiedy potem przy zmianie waluty absurdem byłoby trzymanie się kwot wymienionych w dawnych umowach, sądy same z własnej inicjatywy wprowadzały w wyrokach słuszną ewaluację, dopóki rozporządzenie i przepis nie zmusiły do przeliczeń mieszczących w sobie jawną krzywdę.

Póki zawieszenia niezawisłości sądów nie użył rząd do tego, by powyszukiwać lichoty i porobić z nich szefów, a najlepiej pousuwać, stan sędziowski stał w społeczeństwie na miejscu pierwszym tak co do powagi i charakterów, jako też co do wiedzy i oświaty. Było to czoło polskiego społeczeństwa.

W państwie obywatelskim żaden zawód nie będzie wykolejany przez władzę centralną, każdy będzie posiadał niezawisłość moralną, zapewne więc nie będzie sposobności, żeby jeden z nich wysuwał się na czoło. Miejmyż otuchę, że w czasie bardzo krótkim wszystkie zawody wzniosą się na ten poziom moralnym i intelektualny, na jakim stało sądownictwo przed niedawnymi jeszcze laty.

Żadnego zawodu nie trzeba krępować paragrafiarstwem z plemienia ustawodawczej elephantiasis; lecz sądownictwo wymaga najbardziej "wolności myślenia". Zredukujmy więc jak najrychlej nasze kodeksy do roli pomocniczej i pozostawmy uznaniu sędziego, o ile pomoc tę przyjąć zechce.

Zwłaszcza nasz kodeks prawa karnego zasługuje po większej części na to, by go się nie trzymać. Przytoczę na początek taki "mały" przykład: powstanie zapewne kiedyś historyk specjalista, który zajmie się wykrywaniem, czyje to wpływy zapewniły bezkarność paserom. Kary są tak śmiesznie drobne, iż żadnego jeszcze pasera nie skłoniły do porzucenia tego intratnego zawodu. Przesiedzi np., dwa lub trzy tygodnie, a tymczasem interes trwa bez przerwy, bo wyręczas "szefa" ktokolwiek z rodziny. Władze wiedzą doskonale o wszystkim. Doszło do tego, że gdy zawezwana policja po dokonanym rabunku, ta z najzimniejszą krwią podaje adresy paserów i doradza poszkodowanemu, żeby z nimi szedł w układy. Twierdzą, że wobec przepisów i paragrafów są bezsilni w walce z paserami.

Jak ważnym jest ten "drobiazg", świadczą sami złodzieje. Wszyscy zgodni są w tym, że złodziej nie pracuje dla siebie, lecz na pasera; muszą jednak tolerować ten "wyzysk pracy przez kapitał", gdyż chodziło o ich egzystencję; gdyby bowiem nie było paserów, nie byłoby zawodowych chronicznych złodziei.

Specjalną formą złodziejstw jest oszustwo. Prawodawstwa współczesnej Europy (w czym Polska wcale nie na samym końcu) odczuwają jakby szacunek dla tej przestępczości, nakładając kary tak nieznaczne, iż rzemiosło to opłaca się doskonale. Wyrafinowany oszust gorszy jest od rabusia, wart tęgiego zbója, a jakżeż prawem uprzywilejowany! Przydałby się jakiś Drakon, który by karę na oszusta powiększył kilkakrotnie, nie szczędząc ani szubienicy.

Są przeciwnicy kary śmierci. Niektórzy w zapędzie gorliwości powołują się nawet na piąte przykazanie. Teologia dawno już załatwiła te skrupuły skrupulantów nieco podejrzanych (z reguły niekatolików); my zaś powtórzmy tu formułkę krótką a węzłowatą: zabić zbója jest zasługą. Humanitaryzm areligijny nabiera coraz bardziej cech przestarzałości, a teoria Lombrosa uznaną jest już powszechnie za przeżytek. Obowiązująca w naukach historyczno-socjologicznych metoda indukcyjna powoła się na doświadczenie Francji i innych krajów, gdzie po zniesieniu kary śmierci upadło ogromne bezpieczeństwo publiczne. Przywrócili ją Francuzi, a przecież o Francji można powiedzieć, że kto nie jest doktrynerem nie ma tam całkiem głosu w sprawach publicznych. Wbrew doktrynie musieli jednak jąć się obrony przed zbójami.

Jest naszym obowiązkiem wymusić bezpieczeństwo osób i mienia; wymusić to na osobach, mających żyłkę zbójecką i złodziejską, a wymusić z całą bezwzględnością. Tymczasem ogół gorszy się wygodnym życiem więźniów i ich urlopami (podczas których dopuszczają się właśnie coraz gorszych zbrodni). Nie gańmyż miłosierdzia chrześcijańskiego nad zbrodniarzami w więzieniach, lecz godzi się wymagać, żeby państwo zrobiło wpierw wszystko, co należy do ochrony ludzi porządnych. Od miłosierdzia jest społeczeństwo, związki opiekuńcze, stowarzyszenia samarytańskie, bractwa specjalne, których tradycję trzeba by wznowić.

Prawo opiekuje się czule bezpieczeństwem życia zbójów i złodziejów. Gdyby kto zabił, a choćby skaleczył zbója, który na niego się rzucił, musi wykazać przed sądem, jako naprawdę działał "we własnej koniecznej obronie" i że "nie przekroczył granicy niezbędnej obrony". Jeżeli się przyłapie złodzieja we własnym mieszkaniu, trzeba obejść się z nim ostrożnie i grzecznie, milutko, bo inaczej...biada właścicielowi mieszkania! A gdy grasuje gdzie zorganizowany bandytyzm, policja miała przykazane, że pierwszy strzał należał do bandyty.

Doszło więc do takiego rozpowszechnienia i rozpanoszenia zbrodni, iż może nas wydobyć z tej toni jedynie Drakon redivivus. Na zbrodnie pospolite powinny być, jako stan normalny, stale i zawsze, sądy doraźne, złożone jednak z samych tylko sędziów koronnych.

Pomiędzy przechwyceniem przestępcy przez policję a wydaniem wyroku przez sąd doraźny, nie powinno minąć więcej czasu, jak pięć dni. Recydywiście wymierza się karę za drugim razem podwójną, za trzecim razem odsyła się go nadto do specjalnie ciężkiego więzienia, specjalnego dla recydywistów. Zawsze może być stosowana kara śmierci, co zależy najzupełniej od uznania sądu. Skazanie na śmierć musi jednak nastąpić, jeżeli recydywista staje przed sądem po raz czwarty.

Marnują się sędziowie na rozprawę z tysiącznymi przestępstwami karnymi i cywilnymi mniejszego kalibru, które doprawdy nie wymagają natężenia intelektu, ani studiów prawniczych, by je rozsądzić trafnie i sprawiedliwie. Większość ich załatwiłby zwykły wieśniak również dobrze, a może trafniej, może nawet sprawiedliwiej, jako znający lepiej ludzi i środowisko. Byłoby bardzo dobrze, gdyby pierwsza instancja sądowa była na wsi, tuż "pod ręką". Nie należy atoli powierzać władzy sądowej ni wójtowi ni radzie gminnej, i w ogóle nie można urzędu gminnego zamieniać na sąd. Na najniższym szczeblu organizacji życia publicznego trzeba z tym większą ostrożnością przestrzegać mądrej zasady, że sądownictwo musi być oddzielone od administracji.

Sądy trzeba przenieść na "gromadę". Która chce, niechaj ma sąd swój i u siebie.

W takim razie wybiera się na lat trzy sędziego i dwóch ławników. Oni sami rozdzielają sprawy między siebie; jakie i do jakiego stopnia będą sądzone jednostkowo, przy czym nastąpi rozdział albo według rodzajów spraw, albo też topograficzny; jakie zaś i od jakiegoś stopnia wymagają osądzenia kolegialnego, we trójkę. Od wyroku jednostkowego można apelować do trójki sądowej (która może podwyższać karę). Jeżeli obydwa wyroki brzmiały potępiająco, nie ma dalszej apelacji.

Z postępowania sądu gromadzkiego spisuje się tylko króciutkie, sumaryczne notatki, w formie dziennika. Nie krępują ich żadne przepisy procesu; to pozostawia się uznaniu własnemu sędziów i ławników gromadzkich. Z czasem wytworzą się prawa zwyczajowe; gdzie dawne zwyczajowe prawo jeszcze nie wygasło, nawiąże się zapewne do niego, co byłoby wielce pożądane. Rodzaj i wymiar kar zależałby niezawodnie od miejscowych pojęć i stosunków, w czym nie należy tego sądu krępować. Kadencja sądu gromadzkiego jest umyślnie krótka, ażeby można było czy to sędziów odpowiednio zmienić, czy też sąd skasować całkiem.

Sąd gromadzki sam występuje z wnioskiem co do swej kompetencji, lecz projekt wymaga zatwierdzenia przez przełożonego sądu powiatowego. W razie różnicy zdań układa się tymczasowe postanowienie co do kompetencji. Sąd gromadzki może jeszcze przez dwa następne lata powtarzać swój projekt odrzucony. Jeżeli ten sam projekt będzy wysuwany także przez sędziów gromadzkich następnej kadencji, staje się prawomocnym.

Zależnie od czasu, miejsca i okoliczności rozmiary kompetencji mogą być rozmaite, nawet daleko sięgające. Nie można atoli żadnemu sądowi gromadzkiemu narzucać kompetencji, której nie pragnie.

Takie same sądy obywatelskie mogą powstawać po miasteczkach i dzielnicowo po większych miastach, bez jakiegokolwiek związku z radami miejskimi i magistratami. Może je zaprowadzić pewna dzielnica, choćby inne tego nie czyniły. Jest to w ogóle instytucja próbna, o której istnieniu, rozszerzaniu lub ścieśnianiu zdecyduje praktyka. Jeżeli się powiedzie, może w przyszłości wywrzeć znaczny wpływ na organizację sądownictwa w ogóle.

Ażeby odróżnić sędziów zawodowych od innych, mniej lub więcej przygodnych, nazywamy ich koronnymi.

Rozmaitość w sądownictwie dopuszczalna jest tylko w sądach gromadzkich i obywatelskich; lecz sądownictwo koronne jest w całej Polsce jednakowe.

Ponieważ sprawy o przekroczenie administracyjne nie będą dochodziły do sądów koronnych, ilość spraw przed kratami tych sądów zmniejszy się bardzo. Stanowi to nieodzowny warunek, żeby wyroki były istotnie (a nie tylko formalne) sprawiedliwe. Sędzia powinien mieć czas na zbadanie sprawy i na wszechstronne zastanowienie się. Co za absurd, że sędzia miewa po kilkanaście rozpraw dziennie!!!

Wzdycha do tego, żeby móc wydawać wyroki zaoczne na poczekaniu. Kwalifikacje wobec władzy przełożonej zależą obecnie od ilości załatwianych spraw!!!

Sędzia więc spieszy się, przerabia sprawy "po łebkach", zmuszany przez władzę kontrolną do pracy lekkomyślnej.

Trzeba tedy powiększyć znacznie nie tylko ilość sędziów, ale też sądów.

Nigdy ilość sędziów nie jest dostateczną, ponieważ do warunków sprawiedliwości należy szybki jej wymiar. Na komedię zakrawa rozprawa wyznaczona późno po wniesieniu skargi, gdy przygotowano świadków od odgrywania ról, i gdy niejednemu już nie dopisuje pamięć. Normalny termin pomiędzy skargą a wyrokiem nie powienien przekraczać dwóch tygodni; lecz tego nie można nakazać, bo winno wypływać samo przez się z odpowiednich urządzeń sądownictwa. Dlatego trzeba sądownictwo koronne zwalniać od spraw, które się doskonale bez niego obejdą, a liczbę sędziów pomimo to powiększać.

Władze sądowe są dwojakie. Zmiany w normach prawno-sądowych tyczących tak procedury, jako też judyktatury, o ile one mogą być ujmowane w przepisy, należą do zawodowego związku sędziowskiego. Ograniczone jest tedy do związków wojewódzkich i ogólno-polskiego. Pięcioosobowy zarząd związku wojewódzkiego stanowi władzę nad sądami powiatowymi i okręgowymi województwa. Wojewódzkie związki łączą się w ogólnopolski, na którego czele stoi zarząd pięcioosobowy wybrany przez przewodniczących związków wojewódzkich. Kadencje są siedmioletnie.

Wniosek, uzgodniony w zarządach przynajmniej trzech związków wojewódzkich, aprobowany przez zarząd związku ogólnopolskiego, przechodzi jeszcze pod obrady Sądu Najwyższego, i dopiero za jego zgodą przedstawiany bywa do zatwierdzenia Kanclerzowi Sprawiedliwości.

Władzami sądowymi w sprawach ustroju sądownictwa, nominacji i wszystkich personalnych, pozostają obecne władze hierarchicznego ustroju - lecz przywrócone do stanu z kwietnia 1926 r. Kompetencje dawnego ministerstwa sprawiedliwości przechodzą na Kanclerza Sprawiedliwości.

Każdy powiat musi posiadać przynajmniej jeden sąd powiatowy. Każde województwo przynajmniej trzy okręgowe i jeden apelacyjny. Zmiany w zakresie tych sądów i stosunkach ich wzajemnych może wprowadzić Kanclerz Sprawiedliwości, po zasięgnięciu opinii Sądu Najwyższego.

Kanclerzem Sprawiedliwości może być tylko zawodowy sędzia koronny. Wybiera go kolegium wyborcze, do którego wchodzi osób jedenaście: pięciu członków Zarządu sędziowskiego związku ogólnopolskiego, pierwszy prezes Sądu Najwyższego i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, najstarszych wiekiem, pierwszy prezes trybunału administracyjnego i dwóch profesorów uniwersytetu wyznaczonych przez zjazd rektorski.

Godność ta jest dożywotnia. Kanclerz równy jest ministrom, lecz ministrem być nie może. Co dwa lata przedstawia sejmowi społeczemu sprawozdanie ze stanu i z potrzeb podległych sobie dziedzin, wraz z projektem dwurocznego ich budżetu.

Kanclerz Sprawiedliwości jest zwierzchnikiem nie tylko sądownictwa koronnego, ale także trybunału administracyjnego, Najwyższej Izby Kontroli i policji bezpieczeństwa publicznego.

Wszelkie prawa i obowiązki, jakie wobec trybunału adminstracyjnego przypadały ministerstwu sprawiedliwości, przechodzą na Kanclerza Sprawiedliwości (o funkcjonowaniu tego trybunału była mowa w rodziale VI).

Trybunał administracyjny stanowi tak ważny dział sprawiedliwości w życiu publicznym, iż społeczeństwo musi posiadać jak największe gwarancje co do sprawności i niezawisłości jego działania; dostarczyć ich może tylko wcielenie go do dziedziny sądownictwa, ażeby raz na zawsze przeciąć wszelkie związki tego trybunału z rządem centralnym i jakąkolwiek zawisłość od państwowości.

Trybunałom tym będą podlegały oczywiście również wszystkie samorządy.

Podobnież nie można pozostawiać Najwyższej Izby Kontroli z całym jej aparatem pod władzą i dozorem tych, których ma kontrolować. Instytucja ta niechaj podlega również bezpośrednio samemu Kanclerzowi Sprawiedliwości.

Sprawozdanie z Izby Kontroli, stwierdzające zaniedbanie lub nadużycia, stanowi ipso facto akt oskarżenia. Wszyscy prokuratorowie wszystkich stopni mają obowiązek zapoznać się z księgą sprawozdań Kontroli, każdy z nich w należącym do niego okręgu służbowym i stać się oskarżycielem publicznym przed właściwym sądem.

Policja bezpieczeństwa publicznego nie powinna być używaną nigdy do niczego innego, jak do zapobiegania przestępstwom przeciw bezpieczeństwu życia i mienia. Żadną miarą nie może być używana do celów politycznych, i dlatego musi być wyjęta spod władzy państwa, a podana władzy sądowej, jako dostarczającej największych gwarancji, że policja nie będzie wypaczaną i demoralizującą.

Podobnież jak szkoły i sądy, musi policja bezpieczeństwa być również apolityczną.

Poddając ją Kanclerzowi Sprawiedliwości, zmieniamy całkowicie charakter tego zawodu, który otoczony będzie po tej przemianie powszechnym szacunkiem i życzliwością. Nazwa "policji" stanie się czymś czcigodnym, tytułem zaszczytnym, niechaj więc przysługuje wyłącznie tylko policji bezpieczeństwa publicznego.

Dwa są systemy ustroju policji, stosownie do tego, który z jej celów wysuwa się na czoło: czy zapobiegać przestępstwom, czy też tropić przestępców po dokonanym przestępstwie. Policja polska nastawiona była tylko do tego drugiego celu, i to nie głównie, lecz wyłącznie i skutkiem tego działalność jej zeszła na istną komedię. Rząd postępował z policja tak, jakby chciał zdjąć z jej barków służbę bezpieczeństwa, ażeby używać jej do zgoła czego innego.

Toteż policja nasza wymaga całkowitego przestroju, od samego dołu do samej góry, jakby jej całkiem nie było!

Będziemy ją organizować, jako zapobiegawczą, a tropienie przestępców rozumie się samo przez się.

Dobra policja nie może być tanią. Oszczędzimy jednak tyle na skasowaniu wszyskich skirów i dziczków, zaszczepionych na łodydze policji, iż skutkiem tych skreśleń będzie nas stać na policję prawdziwą. Zachodzi atoli obawa, czy skutkiem nierozumu rządzicieli ze "zmian warty" nie przerwała się już tradycja znawstwa tego przedmiotu, czy uda się jeszcze znaleźć odpowiednie grono osób kompetentnych, które by mogły ożywić zamarłą tradycję? Czy nie będziemy zmuszeni poprosić cudzoziemców, żeby nam na nowo urządzili policję? Pojawią się przy tym nieuchronne wady, które potem dopiero dadzą się usuwać stopniowo.

Do bezpieczeństwa życia i mienia należy bezpieczeństwo na drogach publicznych; policja musi przeto przejąć nadzór nad nimi i po wsiach i w miastach (ulice).

Wszystkie sprawy policyjne wymagają specjalnego znawstwa, muszą więc być załatwione w łonie policji samej. Autonomia rzeczowa wynika tu z konieczności, ingerencje zaś ze strony innych władz mogą tylko psuć. Na zewnątrz zaś kontrola policji jest najłatwiejsza, gdyż stopień bezpieczeństwa publicznego odczuwa i doświadcza każdy; egzamin zaś policji spoczywa w statystyce zbrodni, który uszły bezkarnie, bo sprawców ich nie wykryto.

Policja podlega Kanclerzowi bezpośrednio. Kanclerz mianuje naczelnego jej zwierzchnika, a może też zastrzec nominacje wyższych rang. Wszystkie urządzenia policji i wewnętrzny jej ustrój muszą być zatwierdzone przez Kanclerza. W jaki sposób Kanclerz zechce wykonywać swą władzę, to zawisło wyłącznie od niego (czy np., przez osobny referat policyjny w urzędzie kanclerskim lub inaczej). Nie mamy najmniejszego powodu przypuszczać, że w ministerstwie spraw wewnętrznych łatwiej było o znawstwo zawodu policyjnego niż będzie w urzędzie Kanclerza Sprawiedliwości. Tamci znali się tylko na szpiegostwie i prowokatorstwie politycznym, lecz samo bezpieczeństwo publiczne nie obchodziło ich nic, jako sprawa nie polityczna. My zaś chcemy koniecznie policji apolitycznej.

Z natury rzeczy służba bezpieczeństwa publicznego wymaga częstych kontaktów z sądownictwem. Pogłębią się stosunki, gdy policja stanie się poważną instytucją państwa obywatelskiego, gdy po kilku latach nabiorą władze sądowe przekonanie, że minęły już czasy, w których policja była od tego, żeby schodzić na manowce i innych na nie uwodzić. Skoro tylko sądownictwo nabierze zaufania do policji, dostrzeże w niej swój najpoważniejszy urząd pomocniczy. Między prokuratorią, sądem karnym a policją będą się nawiązywać stosunki coraz ściślejsze, które mogą w konsekwencji doprowadzić do dalszych wielkich zmian w sądownictwie i w ustroju państwa obywatelskiego o ogóle. Byłoby to wielce przedwczesnym, żeby się dziś zapędzać w ten obraz przyszłości. Ograniczmy się do tego, co dziś jest wykonalnym.

W każdym razie przeniesienie policji pod dach sądownictwa przyczyni się do tego, że będą się garnąć do służby policyjnej ludzie osobiście nienaganni, zacni, z wysokim przejęciem honoru i poczucia etycznego. Nie można nigdy uczynić za wiele dla wszechstronnego podniesienia instytucji, mającej decydować o stopniu bezpieczeństwa publicznego; od tego bowiem zawisła gęstość zaludnienia i pracowitość ludności, jak o tym pouczają dzieje rozmaitych krajów europejskich.

Policja musi być w całym państwie jednolita. Czy można urządzać etaty wojewódzkie obok pewnych hufców ogólnopolskich, to pozostawmy specjalistom. O ile by chodziło o sam nadzór dróg, mogłyby istnieć nawet etaty powiatowe. Być może, że przestępstwa ograniczone lokalnie (np., chronione kradzieże "wsiowe") byłyby dokładniej ścigane przez personel znający bardziej miejscowość; lecz również mogą zachodzić względy na rzecz personelu obcego. Wyłania się niemało podobnych kwestii, w których trzeba wpierw wysłuchać zdania zawodowych znawców.

Korpus policyjny będzie miał przymusowo własną ubezpieczalnię (może niejedną) i własne szpitalnictwo. W Izbach kontroli, w trybunałach administracyjnych i w sądownictwie koronnym można by także urządzić wszystkie potrzebne do tego instytucje, lecz przymusu nie ma.

Podziel się i skomentuj