Sobota, 17 sierpnia 2019

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. XIII

Opublikowano: 29 października 2016 13:29:37
Podziel się i skomentuj

Życie publiczne nie może być bez stronnictw, albowiem nikt nie zdoła ująć wszechstronnie ogromnej różnolitości i zawiłości spraw publicznych. Rozmaicie patrzą na nie z rozmaitych stanowisk, które w normalnym toku rzeczy winny się wzajemnie uzupełniać.

Tworzyć stronnictwa musi być wolno każdemu, oprócz rządu. Rząd może wyjść z łona jakiegoś stronnictwa, lecz gdy będąc u steru, zakłada sobie własne przygodne stronnictwo, chodzi mu o to tylko, żeby się utrzymać przy władzy a koterii swojej zapewnić żłób rządowy. Jeżeli zaś z pomocą terroru urządzi monopartię (wynalazek ostatniego pokolenia) doprowadzi do rozbieżności pomiędzy państwem a społeczeństwem. Państwo pogrąży się w gnuśną wegetację w zakłamaniu i łatwo może ulec rozbieżności.

Ludzie rozumni, świadomi wspólności interesów najwyższych, znajdą zawsze pomimo różności zdań, wspólną linię postępowania. Gdzie to niemożliwe, tam nie stronnictwa istnieją, lecz różnice cywilizacyjne! Nauczmy się wreszcie odróżniać te okoliczności!

Za stronnictwa uważać można tylko takie skupienia, które należą do tej samej cywilizacji. Zachodzi między nimi wspólność spraw najważniejszych; w ogóle im ogólniejszych spraw dotkniemy, tym więcej zbliżenia. Stronnictwa rozchylają się u dołu, a nachylają ku sobie w górze; im wyżej tym sobie bliższe, a na samym szczycie spływają wszystkie w jedność. Przeciwne skupienia z różnych cywilizacji; te mogą być u dołu bardzo blisko siebie, na szczycie zamieniają się w jaskrawe przeciwieństwa. Ponieważ współpracownictwo możebne jest tylko w tej samej cywilizacji, nam tedy na myśli tylko stronnictwa wyrastające pośród cywilizacji łacińskiej.

Człowiekowi roztropnemu współpracownictwo osób odmiennych zapatrywań jest pożądane, bo w ten sposób zmniejsza się prawdopodobieństwo omyłki. Toteż słusznie powiedziano, że gdzie by opozycji nie było, należałoby ją stworzyć. Stronnictwa, to wielcy współpracownicy, wprowadzający pomiędzy siebie podział pracy. Nie leży to bynajmniej w samym istocie stronnictw, żeby jedno drugiemu miało koniecznie przeszkadzać. Absurd zaś, że muszą się wzajemnie pożerać, powstał z tego, że uważano za stronnictwo skupienia z różnych cywilizacji, między którymi nie ma syntezy.

Gdzie brak poczucia przynależności do jakiejś wspólnej całości, jakżeż tam pomieścić "stronnictwa?"

Współpracownictwo polityczne możliwe jest tylko między skupieniami, które z jednaką usilnością zmierzają do wzmocnienia tego samego państwa, chociaż rozmaitymi drogami, byle tylko w zasięgu tej samej cywilizacji. Jeżeli jedni chcą wzmocnić państwo, a drudzy osłabić je, w takim razie ma się do czynienia nie ze współobywatelami innego stronnictwa, lecz po prostu z wrogami.

Porozumienia pomiędzy posłami sejmowymi rozmaitych cywilizacji lub choćby rozmaitych uczuć względem państwa, zamieniają się po pewnym czasie na siły odśrodkowe ku rozsadzeniu parlamentu, ażeby w końcu wszystko poszło w drzazgi: i parlament i państwo i kultura narodowa.

Trzeba więc używać rozsądnie wyrażenia "stronnictwo", bo fałszywa nomenklatura wiedzie do fałszywego wnioskowania, na czym sprawa publiczna może ponieść szkodę.

Nasze stronnictwa były już jesienią 1918 roku przestarzałe, tj., nie dostosowane do zasadniczo zmienionego stanu narodu. Stronnictwa sejmu galicyjskiego rozszerzały się wówczas na całą Polskę i znalazły się po krótkim czasie w sytuacji bez wyjścia. Umiały doskonale osłabiać się wzajemnie, co właśnie było niepotrzebnym.

Można powiedzieć o naszych stronnictwach, że nie bardzo wiedziały co począć z niepodległą Polską. Najszerszym horyzontem i najgłębszym krytycyzmem celowała "narodowa demokracja". Była też doprawdy jedynym stronnictwem politycznym. Inne były już to zrzeszeniami zawodowymi, zabłąkanymi w politykę, już to mechanizmami ciał obcych, wbitych w organizm polski. Na takim tle powstały rządy wojskowe, dokazujące prawdziwie po wojennemu, jakby w zdobytym, podbitym kraju. Spuśćmy na to zasłonę i zastanówmy się raczej, do jakich stronnictw pobudza dzisiejszy stan rzeczy.

Trzeba się raz wreszcie podzielić i rozdzielić na rewolucjonistów i antyrewolucjonistów; na pragnących wywrotu, wojen domowych, pożóg i rzezi - i na stęskonionych za ładem i pokojem. Kto głosi walkę klas, kto nawołuje, żeby jedna warstwa zagarnęła wszystko dla siebie, niszcząc czego sama nie potrzebuje (potrzeby nie rozumie), kto wyczekuje dnia powszechnej rzezi i jak najgrubszego niszczycielstwa, ten jest rewolucjonistą i chce zniszczyć wszystko, co stanowi nasz ład. To nie jest stronnictwo, to obóz rewolucyjny spoza cywilizacji łacińskiej.

Wśród nich są rozmaite stronnictwa rewolucyjne łagodniejsze i zażarte, spieszące się i kunktatorskie, ale to ich sprawa wewnętrzna. Wszystko, co rewolucją trąci, jest wrogo nastawione przeciwko cywilizacji łacińskiej, a zatem wrogiem jest dla narodu polskiego.

Cywilizacja łacińska jest ewolucyjną a nie rewolucyjną. Odczepiamy się od rewolucjonistów, gdyż współpraca z nimi jest niemożliwą.

Nie o samą jednak rewolucyjność chodzi. Zastanówmy się, według czego mogą antyrewolucjoniści dzielić się na stronnictwa.

Indukcja stwierdza, że bizantynizm był zawsze centralistycznym i tłumił dążności autonomiczne krajów i stanów; od średnich wieków, od rzymskich wypraw cesarzy niemieckich, zaznaczał się już wyraźnie antagonizmem centralizacji i decentralizacji. Zwolennicy centralizmu łudzą się, jakoby mogli działać pożytecznie w obrębie naszej cywilizacji. Cywilizacja łacińska jest autonomiczną.

Musimy się podzielić i rozdzielić na centralistów i autonomistów. Jest to drugie kryterium różnic politycznych. Centraliści dążą (niektórzy nieświadomie) do państwa biurokratycznego, a w końcu totalnego, autonomiści do obywatelskiego. Między tym a tamtym jest cała przepaść.

Wobec cywilizacji łacińskiej szkodnikami są zwolennicy centralizmu, jednostajności i wszechwładzy państwowej, opartej na systemie biurokratycznym. Spotyka się między nimi niemało bałamuctw. Np., niektórzy centraliści wypierają się totalizmu; zdarzają się nawet gorliwi propagatorzy jednostajności, którym podoba się jednak decentralizacja, łącząc bałamutne rzeczy połączyć się nie dające; trafiają się czasem tacy, którym się zdaje, że nawet totalne państwo dałoby się uwolnić od biurokracji. Mieszanki tego rodzaju świadczą o niezdatności do myślenia politycznego. Wszyscy (a liczni niestety), którzy się wiją pośród takich mieszanek, marnują swoje życie, zdatni tylko do mów niekonsekwentnych; czyny ich, to istne kręcenie się w kółko, ciągły ruch bezkierunkowy, dreptanie po omacku, najczęściej według metody oznaczanej wyrażeniem: "dwa kroki naprzód, a trzeci w tył", mnóstwo ludzi ograniętych jest tą nijakością dlatego tylko, że nie lubią głębszego rozglądu w sprawach. Charakterystyczną cechą nijaków jest, że nigdy nie chcą z niczym zerwać i wciąż usiłują wytworzyć coś takiego, żeby w tym było wszystkiego po troszku, ażeby się wszystkim (jak sądzą) podobało.

Wynajdują nieustannie coś "dla wszystkich", w rzeczywistości zaś nigdy niczego nie zdołają zdziałać. Kultura czynu wymaga przede wszystkim jasnej myśli, ścisłości w odróżnianiu i świadomości, co się znajduje na końcu danego kierunku.

Wyrazistość myśli stanowi warunek stanowczej woli.

Kościół odrzucił z całą stanowczością totalizm państwowy, a jednak katolicy "kręcą się" około centralizmu. Kościół głosi korporacjonizm, który jest niemożliwy bez autonomii, a jednak jakby nie dostrzegano tego, że katolicy winni znaleźć się wszyscy w obozie autonomistów, czyli przy haśle samorządów. Tak się w końcu stać musi. Nie trzeba do tego gwałtownej propagandy: wystarczy kierować katolików ku konsekwencji.

Pracownikami na łonie cywilizacji łacińskiej są tylko autonomiści i dopiero od tej wspólnej wszystkim podstawy może się zaczynać różniczkowanie naszych stronnictw. Np., dziełko niniejsze mieści w sobie niemało materiału do tego. Układam program z tego, co uważam za najlepsze dla Polski w danej chwili; lecz w innych okolicznościach może bym inaczej się rozmyślił w tym i w owym. Do tego samego celu można dojść różnymi drogami, zależnie od czasu, miejsca i okoliczności. Można być bezwzględnym poplecznikiem cywilizacji łacińskiej, a zatem autonomistą, lecz być przeciwnikiem np., proponowanej przeze mnie dwoistości sejmowej. Może ktoś uważać, że płonne są moje obawy o szkodliwe pogmatwanie spraw społecznych z politycznymi; albo też może obmyślić inny środek przeciwko gmatwaninie; środek, który pozwoli uprościć sytem, zachowując jedność sejmowania. Może ktoś być przeciwnikiem proponowanej przeze mnie instytucji wojewodów; innemu mogą się nie wydawać trafnymi Wielkie Wydziały; jeszcze inny może nie pochwali sądów gromadzkich itd., itd.

W tym wszystkim tkwi materia do wytworzenia się stronnictw, wzajemnie się uzupełniających, wzajemnie doskonalących budowę państwa w cywilizacji łacińskiej. Jestem zaś głęboko przekonany o potrzebie stronnictw i o ich pożytku, gdy wychodzą z tych samych fundamentów.
W państwie obywatelskim i autonomicznym ułoży się kwestia stronnictw zgoła odmiennie, niż to bywało dotychczas. Inne też musi być sejmowanie. Głosi się powszechnie, jako parlamentaryzm nie tylko się przeżył, lecz stanowi przyczynę wszystkiego złego, jak gdyby był instytucją złą zasadniczo. Tak nie jest.

Może być zły, lecz może też być dobry, to znaczy stosowny lub niestosowny i trafny, nietrafny, stosowanie do czasu, miejsca i okoliczności. Od początku XX w., nie słyszało się już o parlamentaryzmie nic dobrego. Potępienie go zasadnicze stało się sposobem ulubionym (i najtańszym), by nabyć opinie statysty, świadomego dróg do lepszej przyszłości. Postąpiono metodą zbyt ryczałtową. Zepsuć można przyrząd najlepszy, ale z tego nie wynika, jakoby przyrząd był sam przez się złym lub, że się przeżył i stał się szkodliwym przeżytkiem. Nie psuj, a winy nie zganiaj na przyrząd!

Gdyby w czasach między rewolucją Gracchów a Dioklecjanem dokonanym zostało odkrycie systemu reprezentacyjnego, nie byliby barbarzyńcy rozbijali cesarstwa rzymskiego. Gdyby był istniał taki system, imperium zachodnie znalazłoby drogę do stopniowego przetwarzania się w państwa nowe w sposób pokojowy, a bez ruiny cywilizacji rzymskiej. Elementy systemu reprezentacyjnego znajdujemy natomiast juz najstarszych dziejach Kościoła, a splotły się z cywilizacją łacińską; w niej ma ten system podłoże, gniazdo i glebę urodzajną.

System reprezentacyjny nie jest atoli od udoskonalenia czegokolwiek, lcze od reprezentowania, tj., od tego, by dokładnie przedstawić w przekroju społeczeństwo reprezentowane. Poziom parlamentu zawisł od poziomu społeczeństwa i na to nie ma rady.

Feliks Koneczny: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej cz. XIII

Zepsowało się sejmowanie wszędzie dla siedmiu przyczyn. Przede wszystkim z powodu rozpolitykowania ogółu. Funkcjonowałyby sejmy inaczej, gdyby w kraju było mniej amatorstwa politycznego, a więcej konkretnej działalności społeczenej. Stosunki związane obecnie z parlamentaryzmem, dostarczają pola do popisów dla ludzi, robiących karierę na ujemnych stronach życia publicznego. Urodzaj na politykantów jest wielki, bo ogół wierzył, że wszystko da się wypolitykować. Nawet zawodowa inteligencja popadła w zabobon, jakoby polityka mieściła w sobie leki na wszystkie cierpienia; nie dziwmy się tedy, że kandydaci na posłów przybierają tak często miny znachorów.

Zachodzi gruba pomyłka, jakoby polityka była bitym gościńcem do wszystkiego. W cywilizacji łacińskiej ciągłe politykowanie nie wytwarza wcale siły politycznej.

Ta może powstawać bezpośrednio (jak zwrócono już na to uwagę w rozdziale V) w innych cywilizacjach, w bizantyńskiej, turańskiej, lecz inaczej mają się rzeczy w łacińskiej. W naszej cywilizacji dokonuje się przemian sił, a mianowicie siła społeczna przemienia się w razie potrzeby w polityczną. Górą te państwa, które dysponują znacznymi zasobami sił społecznych. Pracownicy z niwy społecznej przyczyniają się najbardziej do wzrostu siły państwa w cywilizacji łacińskiej. Politykańci są nie tylko niepotrzebni, lecz szkodnikami.

Druga choroba parlamentaryzmu tkwi w naruszaniu pewnej incompatibilitatis.

W walkach, staczanych tak długo z absolutyzmem, nie runął bynajmniej centralizm i...przeniesiono go do zwycięskiego parlamentu. Istny pocałunek z "Alpuhary". Zawalono sejmy sprawami lokalnymi, aż straciły swobodę ruchów od nadmiaru balastu. W wiedeńskim parlamencie całe grupy poselskie głosowały w kwestiach państwowych nie według rozumienia względów rzeczowych, lecz według tego, czy otrzymają od innych klubów poparcie dla spraw prowincjonalnych. Wytworzyło się szczególne pojęcie "wzajemności" parlamentarnej. W wiedeńskiej "Radzie Państwa" chodziło jednak często w sprawy zasadnicze, go gdy takie "kraje koronne" jak Galicja lub Czechy występowały ze swoimi postulatami, rozgrywały się sprawy autonomii, równouprawnienia itp., a więc zagadnienia ogólno-państwowe.

Ale w Paryżu państwo stawało się podległym departamentowi o szosę lub kolejkę lokalną, a czasem podobno o przydział orderów pomiędzy najwpływowszych wyborców. Rząd musiał ciągle kontrolować obliczenia głosów, czy który z posłów nie przestał być osobiście zadowolony. To było także handlem głosów, w których interesy a nawet interesiki lokalne stanowiły monetę obiegową.

Odpadnie lwia część przyczyn demoralizacji parlamentów, jeżeli się zerwie z centralizmem i wyrzuciz sejmowania sprawy lokalne. Panuje zaś centralizm posunięty do absurdu. Np., jeżeli młyn wystawiony świeżo na gruntach Wólki pragnie należeć do przytykającej Górki, musi się parlament zająć tą zmianą granic pomiędzy dwoma wioskami. Rząd zaś musi mieć baczenie, by z tego nie wyniknęło przypadkiem przesilenie ministerialne.

Im zamożniejsza prowincja i światlejsza, tym więcej przybywa jej spraw lokalnych. Lokalnym jest bowiem nie tylko to, co na miejscu zaczyna się i kończy, nie posiadając żadnej styczności z interesami zamiejscowymi i co ma służyć interesom wyłącznie miejscowym. Takim spraw ubywa im bardziej rozwija się społeczeństwo; w miarę rozwoju przybywa na miejscu spraw o znaczeniu ogólniejszym (np., szpital epidemiczny jest zawsze sprawą ogólną). Mnożą się one wszędzie w każdym zakątku, w miarę rozwoju oświaty, dobrobytu, komunikacji. Należy jednak uznać za sprawę lokalną wszystko to, co dla dobra całego państwa da się wykonać na miejscu funduszami i zabiegami miejscowymi. Takich spraw będzie przybywać w miarę ubywania tamtych.

Im wyższy stopień rozwoju, tym większy miernik lojalizmu. Im więcej spraw wielkich zdoła dokonać samorząd lokalny, tym łatwiej uporać się państwu ze sprawami największymi i tym większego rozmachu może nabywać państwo. Parlamentowi zaś będzie ubywać spraw, jakimi zasypuje go własny centralizm.

Centralizm a parlamentaryzm to incompatibilia.

Jeszcze dziwniejsza jest trzecia choroba sejmowania. Wszystkie parlamenty przejęły się przesądem bizantyńskim, jakoby do jedności potrzebna była jednostajność. Zowie się to często "unifikacją" i woła się, że wprowadzenie jej stanowi szczytną misję parlamentu. Najmocniej zakorzenił się ten przesąd w tych klubach poselskich, które wzdychają do rewolucji.

Jeżeli w całym państwie wszystko ma być wszędzie jednakowe, po cóż zwoływać reprezentantów z powiatów? Czegóż się od nich dowiadywać? Przy jednostajności sejmowanie oczywiście niepotrzebne. Ustrój reprezentacyjny jest od tego, żeby spowodować wymianę zdań pomiędzy rozmaitością i na jej tle utwierdzać jedność.

Gdzie nie zachodzi różnorodność okoliczności, nie ma potrzeby porozumiewania się.

Sejmowanie nie licuje ani z centralizmem, ni z jednostajnością. Kierunki te, wprowadzone do Izby, muszą odebrać parlamentowi zasadnicze walory i możność rozwoju; wprowadzają zaś na pewno spaczenie i chorobliwość parlamentaryzmu.

Zbierało mu się już na własną totalność. Począł się rozwijać na kształt dawnego "światowego absolutyzmu", pełen ochoty do wychowywania społeczeństwa. Żaden jednakże sejm nie może ani państw tworzyć, ani społeczeństwom nadawać struktury.

Czwarta choroba sejmowania w naszej dobie stanowi pomylony zupełnie sposób kontrolowania władzy wykonawczej. Kontrola ta jest nie tylko prawem parlamentu, lecz wręcz jego obowiązkiem. Ależ z tego nie wynika, żeby do sejmów należało obymyślanie egzekutywy i urządzanie jej!

Sposobów wykonania kontroli przez parlament może być wiele, lecz nigdzie nie obmyślano żadnego. Przydziela się cały wielki dział budżetu pewnej komisji sejmowej, żeby po kilku dniach wyraziła swoje zdanie: referent zwykle pracuje gorliwie, zamęcza się do upadłego zadaniem wyznaczonym na tydzień, a które wymaga pracy przynajmniej na pół roku. Natomiast przyjął się powszechnie sposób kontroli "na dziko" i poseł może wtargnąć kiedykolwiek do jakiegokolwiek urzędu i podyktować swoje widzimisię. W taki sposób można by doprawdy zdezorganizować całą państwowość.

Właściwie żaden parlament nie wykonał obowiązku kontroli. Czasem debatował namiętnie, gdy wyszedł na jaw jaki gruby skandal, rozwałkowywany już nieco przedtem przez dziennikarstwo.

Faktyczne wyrzeczenie się przez parlamenty prawa kontroli tłumaczę sobie tym, że kontrolować możemy tylko to na czym sami się znamy przynajmniej jako tako. Zbyt drobny procent znawców stanowi piątą chorobę parlamentu.

Szóstą chorobę stanowi prawodawczość in permanentia. Ustawa goni ustawę; bywa ich po kilka naraz przy lasce marszałkowskiej i częst nie wiadomo od czego zacząć, bo wszystkim prawodawcom jednakowo pilno. Chcą zwołać sejmik relacyjny podczas najbliższych ferii parlamentarnych i pochwalić się i zwrócić uwagę, jaki spada z tego zaszczyt na ich departament. Elephantiasis prawodawcza (o której był już mowa w rozdz. VII) jest rodem z biurokracji, lecz przez parlamenty została szczerze adoptowana. Każdy klub parlamentarny jest fabryką prawodawczą, nie znającą wytchnienia. Zmiany, nowele, uzupełnienia sypią się z dnia na dzień.

W żadnym dziale życia publicznego nie nagromadzono tyle nieuctwa i lekkomyślności, ile w nie spoczywającej nigdzie sejmowej manii ustawodawczej. Uroiło im się, że będą przykrawali kraje i ludy do swoich wymysłów.

Olbrzymia większość uchwalanych przez sejmy ustaw nie jest nikomu do niczego potrzebna, a krótkotrwałość ich i ciągła zmienność stanowi niebezpieczeństwo publiczne. Słusznie zwrócono uwagę, że mniej niebezpieczna jest jakaś przeszkoda jazdy, jeżeli znajduje się od dawien dawna na tym samym miejscu, choćby we środku drogi, bo pamiętają o niej nie tylko ludzie, lecz nawet konie i nawet po ciemku, gdy tę samą przeszkodę przenosi się raz wraz z jednego boku drogi na drugi, z miejsca na miejsce.

Najgorliwszą wadę zachowałem na jednak ostatek. Siódma choroba polega na tym, iż pomieszano sprawy polityczne ze społecznymi, z czego powstał gruby galimatias.

Zabiegi społeczne a polityczne wymagają odrębnej legislatywy. Państwo i społeczeństwo nie mogą się wzajemnie wyręczać. Z pomieszania prawodawstwa społecznego a państwowego powstają ciężkie szkody, nieustanne kolizje, zaniedbania i wykolejenia obustronne. Zgubną jest wspólnota prawodawcza państwa i społeczeństwa w tym samym ciele prawodawczym. Pochodzące z powszechnego głosowania sejmy jęły się kierować i państwem i społeczeństwem. Stronnictwa polityczne urządzają nam sprawy społeczne, a społeczne stronnictwa biorą się do polityki. Doszło do takiego absurdu, iż ci sami politykanci głoszą równocześnie i suwerenność parlamentu i wszechmoc państwa totalnego; toteż wygrywają tacy, którzy poprzestają na państwie totalnym bez parlamentu.

Temu największemu złu zaradzić można dwoistością sejmowania. Osobny sejm do spraw społecznych i osobny do politycznych. Da się to osiągnąć bez rozciągania parlamentu w ten prosty sposób, że oba rodzaje samorządów uwieńczone być mają sejmowaniem, lecz każdy sejmem osobnym. Z samorządów zawodowych niechaj się wyłania sejm społeczny, z terytorialnych ziemski. Obydwa winny być stosunkowo nieliczne. W wyjątkowych sprawach i okolicznościach łączyłyby się oba te sejmy w jeden sejm walny.

Poziom sejmowania podniósłby się, gdy podnieść wiek wyborców. W naszych czasach dochodzi się do samodzielności gospodarczej tak późno, iż nie wahałbym się proponować, żeby do czynnego prawa wyborczego trzeba było mieć skończone lat 30 (sic! Trzydzieści), a do biernego 35; nie wahałbym się, gdyby można było przypuścić, że zapatrywanie takie znalazłoby w dzisiejszych czasach odpowiednią ilość zwolenników. Podwyżmyż więc wiek głosowania do samorządów tylko o trzy lata, godząc się z "dojrzałością polityczną" po skończeniu 24 roku życia. Każdemu atoli może przemówić do przekonania argument, że im większy widnokrąg instytucji, tym starszymi winni być wyborcy, mający ją tworzyć. Może więc do samego tylko sejmu dałoby się ograniczyć prawo wyborcze do lat 30, względnie 35?

Prawo wyborcze czynne do sejmu społecznego przysługuje wszystkim tym, którzy je posiadają do samorządu zawodowego; do sejmu ziemskiego wszystkim wyborcom do samorządu terytorialnego z poprawką lat wieku. Byłoby to wielce dziwnym, niemal dziwacznym, żeby ten sam wiek miał wystarczać do decydowania w sprawach jednego stowarzyszenia zawodowego i...całego państwa.

Kadencje obu tych sejmów trwają po siedem lat. Nie oznacza się kadencji sejmu walnego, bo nie ma do niego osobnych wyborów.

Szczegółowe przepisy, w jaki sposób przeprowadzić wybory sejmowe wyda zjazd wojewodów, jako najwyższych stałych (dożywotnich) reprezentantów społeczeństwa, a zasiadających w obydwu sejmach.

Wartość proponowanego w tym dziełku nowego ustroju, wieńczonego jednak po staremu sejmem, zależy w przeważnej części od tego, w jakim stopniu można mieć otuchę, że te przeprowadzane sejmy byłyby wolne od wad poprzedniego parlamentaryzmu. Środka absolutnie pewnego przeciwko złu nikt nie wymyśli, ale w państwie obywatelskim politykanctwo na pewno podupadnie, a centralizm sejmowładczy będzie niemożliwy, gdy sprawy lokalne nie będą dochodzić do sejmu.

Wykluczony też przy naszej rozmaitości samorządów obłęd jednostajności. Nie będą też posłowie nachodzić urzędów administracyjnych państwowych, bo ich nie będzie. O ileż zaś pomnoży się ilość znawców w sejmie, gdy samorząd zawodowy i terytorialny staną się szkołami życia publicznego i niemal jedynymi drogami do odznaczenia się!

Dla osób pragnących mącić i społeczeństwo rozsadzać, jedynym forum będą stowarzyszenia prywatne. Jeżeli zapędzą się w nich na podwórko prokuratorii i sądu, będą narażeni na kary podwójne.

Odrębność dwóch sejmów zapobiegnie mieszaniu spraw politycznych ze społecznymi. Sejm walny ma być czymś wyjątkowym, zwoływany tylko dla jakiejś sprawy ściśle oznaczonej. Permanencji prawodawczej zapobiegnie przepis, że można zmieniać lub uzupełniać ustawy, w ogóle działać prawodawczo - tylko co pięć lat. Posłowie zechcą popracować nad swymi projektami przez cztery lata zanim wystąpią z nimi w sejmie. Nieustanna zmienność ustawodawcza, niemal z kwartału na kwartał, przestanie wypaczać życie publiczne.

Tak tedy mam powody do przypuszczenia, że proponowane tu sejmy będą oczyszczone z tych wad parlamentaryzmu, jakie wykoleiły te instytucje.

Sejm społeczny składa się z członków obydwóch Wielkich Wydziałów ze wszystkich województw i posłów wybieranych po trzech w każdym województwie; razem osób 124. Kadencja trwa lat siedem; sesja prawodawcza tylko co pięć lat. Sejm ten uchwala budżet dwuroczny organizacji samorządowych, zawodowych. Nadto obraduje i decyduje w zagadnieniach społecznych, przedłożonych mu przez jeden z Wielkich Wydziałów, których Wydział ten nie chce sam rozstrzygać dla jakichkolwiek powodów. Każdy z posłów ma prawo wystąpić z inicjatywą w formie wniosku. Stosownie do swego zakresu i treści wniosek ten będzie przez marszałka Izby przekazany odpowiedniemu związkowi społeczenemu, przechodząc przez przyjęte we wnioskach instancje aż do Wielkiego Wydziału. W razie odrzucenia wniosku przez organizacje społeczne poseł ma prawo wnieść go przed Izbę sejmu społecznego na którejkolwiek sesji, o ile treść wniosku nie wymaga zmiany prawa lub uchwalenia nowego; w takim bowiem razie wypadnie czekać na sesję prawodawczą.

W zasadzie sejm nie może uchwalać niczego w materii, która by przedtem nie stanowiła przedmiotu obrad i uchwał w związkach społecznych.

Na tle samorządów terytorialnych opiera się drugi sejm, który nazwijmy ziemskim. Składa się z wojewodów, tudzież po jednym delegacie od każdej rady wojewódzkiej, z posłów osobnych po trzech z każdego województwa i z czterdziestu reprezentantów miast liczących ponad 50.000 mieszkańców polskich, razem 120 osób. Kadencja siedmioletnia z sesją prawodawczą raz tylko na pięć lat.

O rozdział mandatów miejskich porozumiewają się zarządy miast zainteresowanych.

Ten sejm uchwala dwuroczny budżet państwowy, przedstawiany przez ministra skarbu. Należą do niego te sprawy samorządu terytorialnego, których najwyższe władze samorządowe nie mogłyby lub nie zachciałyby, tudzież sprawy rządowe, o ile by zachodziły wątpliwości co do załatwienia ich przez ministerstwa. Obowiązkiem jest kontrola w dziedzinach podległych czterem ministerstwom (o których w następnym rozdziale). Nadto każdy poseł ma prawo wystąpić z wnioskiem, tyczącym działania ministerstw. Marszałek przedstawia ów wniosek odpowiedniemu ministerstwu; gdyby nie został uwzględniony, będzie stanowić przedmiot debaty i uchwały następnej sesji sejmowej.

Sejmy stanowią najwyższą instancję tak dla samorządów, jako też dla władz rządowych, lecz nie powinny narzucać im swej woli dorywczo ni doraźnie. Gdyby wystąpił kto w sejmie z wnioskiem o monopol zboża lub upaństwowienie kopalń, sprawę odesłano by najpierw do związków rolniczych, przemysłowych, inżynierskich, po czym mógłby dopiero nad tym debatować sejm walny.

Sejm społeczny i ziemski bywają zwoływane i zamykane przez swych marszałków. Sesje nie muszą się odbywać każdego roku. Na żądanie trzydziestu posłów wyrażone marszałkowi na piśmie, musi być sejm zwołany najpóźniej w miesiąc po dacie takiego pisma.

Tylko wojewodowie mogą być członkami obydwóch sejmów.

Obydwa sejmy zjednoczone stanowią sejm walny; z kompetencją na dziedziny obu tamtych sejmów. Zwołuje, zamyka i wyznacza porządek dzienny Głowa Panstwa według własnego uznania. Każda sesja sejmu walnego może być prawodawczą, lecz może być zwołany również do wyrażenia opinii. Wszelkie zasadnicze zmiany ustrojowe mogą być uchwalane tylko przez sejm walny. Jeżeli Głowa Państwa zawiadomi jeden z sejmów lub obydwa, że jakąś kwestię uznaje za zmierzającą do zmiany ustroju, kwestia taka musi być natychmiast usunięta z obrad, jako przynależna sejmowi walnemu.

Uchwały sejmów społecznego i ziemskiego stają się ważnymi i obowiązującymi same przez się, lecz uchwały sejmu walnego wymgają zatwierdzenia przez Głowę Państwa.

Wybory na posłów otwierają pole dla osób, które zasługiwałyby wejść w hierarchię samorządów, lecz ominął ich ten zaszczyt. Część ich będzie mogła wejść do sejmów z bezpośrednich wyborów. Dostarczają te wybory również pola wszelkiej opozycji, nie chącej lub nie mogącej pomieścić się w samorządach. Przyznaję, że może to być zarazem furtką dla demagogów i politykantów. Lepiej, że się pokażą publicznie (w warunkach bądź co bądź bardzo utrudnionych), a przyjaciele cywilizacji łacińskiej muszą liczyć na to, że społeczeństwo, zaprawione w samorządach będzie stawiać kandydatom wyższe wymagania. Sejmy są jednoizbowe, dygnitarze samorządów tworzą z województwami faktycznie jakby senat.

Obydwa sejmy pochodzą z wyborów, i nie ma w nich ani jednego członka z nominacji. Bezpośrednio wybiera się jednak tylko dwukrotnie po 48 osób. W sejmie społecznym właściwi posłowie wybierani ad hoc w województwach, stanowią proporcję 48:76.

W ziemskim przybywa 40 przedstawicieli miast, więc proporcja przesuwa się, i to bardzo na korzyść posłów 88:32. Lecz miejscy posłowie nie bywają wybierani w powszechnym głosowaniu po miastach. Wybierają ich rady miejskie, a prawdopodobnie wybiorą kogo spośród rajców. Ci z członków sejmów, którzy wchodzą do nich przez pośrednictwo stanowisk, zajmowanych poprzednio, pochodzą również z wyborów, przez które przeszli już dawniej.

Pierwszym obowiązkiem sejmów i główną ich racją jest kontrola tak rządu jako też zarządów. Przy kontroli budżetów i grosza publicznego trzeba przywrócić z całą surowością zasadę: nic za nas bez nas. Nie wolno pod żadnym pozorem robić w budżecie "virement", ani też "luzów". Nie wolno robić wydatków z góry, żeby wykołatać na nie potem zgodę sejmu; sejmowi nie wolno brać takiej propozycji pod obrady.

Wydatek z góry, bez upoważnienia sejmu, a więc poza budżetowy może wystąpić tylko w wyjątkowym nagłym wypadku, tylko z upoważnienia zjazdu województw, zwołanego umyślnie w tym celu. Kontrola nad użytkiem grosza publicznego jest in permanentia.

Rozchodząc się, przekazuje sejm prawo kontroli wybranemu w tym celu Wydziałowi sejmowemu, złożonemu z trzech osób. Sejmy kontrolują również ewentualne nadużycia władzy urzędowej, tudzież postępki, mające na celu obejść ustawy. Tacy urzędnicy muszą być pozbawieni urzędów, a gdyby się okazało, że działali z przyzwoleniem ministra, marszałek sejmu poprosi o audiencję u Głowy Państwa.

Wykonywanie kontroli urządzi sejm za każdym razem według własnego uznania. Nie może tu być żadnego stałego regulaminu apriorycznego; z czasem wytworzą się zapewne pewne normy zwyczajowe.

Zbliżam się do końca w kreśleniu obrazu autonomii związanej z parlamentaryzmem, a nie było jeszcze ani słówka o konstytucji; o tym tedy, od czego zwykło się było zaczynać rozstrząsania tego rozdziału.
Dzieje spisywania konstytucji są bardzo ciekawe, a pouczające niezmiernie. Znając przygody tej rusałki (a może topielicy?) na przestrzeni od Madrytu do Petersburga, nabrałem przekonania, że szkoda na to czasu i atłasu. Nie ma takiej konstytucji, przy której nie dałoby się robić wszystkiego i czegokolwiek.

Konstytucja jest to uznanie obowiązków państwa względem obywatela. Nic nie warta papierzana, dopóki jej paragrafy nie mieszczą się głęboko w głowach i sercach obywateli; a gdy to nastąpiło, spisywanie jest niepotrzebne. Konstytucja istnieje wtenczas naprawdę, gdy jest prawem, gdy jest prawem zwyczajowym.

Najmocniejszy to rodzaj prawa. Np., nienaruszalność prywatnego mieszkania; jeżeli to nie należy do naszych przekonań o prawie, na nic najdokładniejsze opisanie spraw konstytucji. Zwolennicy cywilizacji łacińskiej nie popełniają nigdy nic takiego, co by się przeciwiło pojęciom konstytucjonalizmu, gdyż etyka tej cywilizacji (katolicka) uznawała zawsze nie tylko obowiązki obywatela względem państwa, lecz niemniej także państwa względem obywatela.

Trudno jednak przypuścić, żeby nie zajęto się znowu układaniem nowej konstytucji polskiej! Wystarczyłoby niezawodnie wyliczyć w jednej ustawie nowej te wszystkie z obowiązujących w r. 1939, a które trzeba znieść w czambuł; między nimi oczywiście także ostatnią konstytucję ze wszystkimi jej koziołkami około uzurpowania sobie najwyższej władzy. Wystarczyłaby taka czynność negatywna; lecz któż mi uwierzy, że byłoby to wystarczającym?

Będą więc znowu swary i wrzawa i wybuch namiętności około "izmów", a które wszystkie można by śmiało włożyć do lamusa historycznych wspomnień. Grono poważnych osób zredaguje w końcu wypracowanie na temat konstytucji, ujęte w paragrafy. Pracować będą z całego serca, poczciwie, poważnie, pełni miłości Ojczyzny. Trzeba to uszanować. Tym bardziej atoli wzbiera żal, że taka praca czysta, w której niemało będzie momentów wzniosłości, będzie jednakże płonną.

Przy tej kwestii wysuwa się ubocznie wspomnienie biurokracji. W państwie obywatelskim nie będzie się odczuwać braku skryptu konstytucyjnego, gdy tymczasem w biurokratycznym na każdym kroku miałoby się ochotę brać z sobą tekst konstytucji, ilekroć ma się do czynienia z urzędem. Urzędnika jednak nie obchodzi konstytucja nic a nic; on ma swoje "instrukcje". Na tym zestawieniu zaznacza się dobitnie różnica państwa obywatelskiego a biurokratycznego i zarazem potęga biurokracji. W obywatelskim państwie brak tego czynnika, którego zawodem niejako jest łamanie konstytucji; nie ma bowiem administracji państwowej.
Oto powody, dla których projekt niniejeszy państwa obywatelskiego nie zawiera projektu konstytucji; wydaje mi się natomiast, że każda jej cząstka przejęta jest na wskroś konstytucjonalizmem.

Pozwolę też sobie zwrócić uwagę, że cały system tego państwa jest ściśle reprezentacyjny, od dołu do góry i wzdłuż i wszerz.

Podziel się i skomentuj