Poniedziałek, 18 listopada 2019

Insurekcja warszawska: Wielkanoc skąpana we krwi

Opublikowano: 23 kwietnia 2017 07:19:26
Podziel się i skomentuj

Kiedy w marcu 1794 r. na ziemi krakowskiej rozpoczęło się powstanie kościuszkowskie, Rosjanie stacjonujący w Warszawie potajemnie szykowali mieszkańcom stolicy krwawą rzeź. Warszawiacy mieli tylko jedno wyjście – musieli ubiec zaborców. Mijają 223 lata od ich niezwykłego zwycięstwa.

Insurekcja warszawska: Wielkanoc skąpana we krwi
Szturm na ambasadę rosyjską

Dramat II rozbioru

Żeby zrozumieć, co stało się w Warszawie między 17 a 19 kwietnia 1794 r., należy najpierw poznać tragiczne położenie Polski w tamtym okresie. Gdy w grudniu 1793 r. upokorzony król Stanisław August Poniatowski powrócił z Grodna, tragedia II rozbioru była już faktem. To, co Polsce zostawiono, było jednym wielkim policzkiem wymierzonym królowi przez Katarzynę II, którym próbowała ona ukarać go za to, że dopuścił do proklamowania dwa lata wcześniej Konstytucji 3 Maja, a tym samym wypowiedział posłuszeństwo Rosji. Caryca Katarzyna nigdy mu tego nie wybaczyła i nawet przystąpienie króla do targowiczan nie złagodziło jej gniewu. Niewyobrażalnie zadłużona wówczas Polska była wyniszczona przegraną wojną, którą toczyła w 1792 r., a głód pogłębiał się z każdym dniem przez nieurodzaj 1793 r. Jakby tego było mało, w dramatycznie okrojonej Rzeczpospolitej wciąż stacjonowały jeszcze wojska rosyjskie i pruskie. Polacy mieli obowiązek kwaterowania obcego żołnierza i tylko ta garstka, która jeszcze nie zbankrutowała po wielkim krachu bankowym w 1793 r., mogła wykupić sobie zwolnienie z tego przykrego obowiązku.

Sytuacja polityczna kazała spodziewać się najgorszego. Obrońcy Konstytucji 3 Maja byli na emigracji. Nawet targowiczanie byli już odsunięci od władzy na rzecz ślepo posłusznej Rosji konfederacji grodzieńskiej. Król po powrocie do stolicy tylko przez chwilę mógł się łudzić, że najgorsze już za nim, ponieważ niemal od razu okazało się, że Katarzyna odwołała, i to ze skutkiem natychmiastowym, ambasadora Jakoba Sieversa, architekta II rozbioru, zamieniając go na Osipa Igelströma. Była to złowieszcza decyzja, ponieważ Igelström nie był dyplomatą, lecz wojskowym, a poza funkcją posła rosyjskiego został jednocześnie zwierzchnikiem wojsk rosyjskich stacjonujących wówczas w Polsce. Zupełnie jakby przyszła „dyplomacja” rosyjska w Polsce miała być prowadzona mieczem, a nie piórem. Coś musiało być na rzeczy, gdyż nawet szwedzki ambasador w Warszawie, Johan Christopher Toll, obserwując wszystko z pozycji neutralnej, podejrzewał, że bardzo ostre traktowanie Polaków przez Rosję ma na celu tylko i wyłącznie sprowokowanie zamieszek, które można by szybko uśmierzyć i dokonać ostatecznego rozbioru Polski.

Kolejne wydarzenia mogły te podejrzenia jedynie potwierdzić, gdy w lutym 1794 r. świeżo przywrócona marionetkowa Rada Nieustająca zadecydowała o redukcji armii koronnej do 8865 żołnierzy, zaś armii litewskiej do 6584. Miała być ona przeprowadzona już w marcu, a dodatkowo planowano rozproszyć wojska po kraju w taki sposób, aby nie mogły w razie czego zagrozić wojsku rosyjskiemu. Polski park artyleryjski zamknięto w Arsenale Królewskim w Warszawie. Igelström był pewny, że dzięki tym zabiegom Polacy będą całkowicie bezbronni. Król pod naporem wszystkich tych okoliczności coraz bardziej podupadał na duchu, o czym w styczniu 1794 r. pisał do Sztokholmu ambasador Toll: „Wygląd i niepewność siebie świadczą […] o głębokim załamaniu króla.” Nic więc dziwnego, że Igelström obejmując warszawską placówkę nie poprosił o audiencję u króla i nie złożył mu listów uwierzytelniających, jak zawsze czynili nowi posłowie. Uznał siebie za najwyższą władzę w Polsce, a Warszawa od razu stała się jego podwórkiem, zwłaszcza dzięki pomocy szefa policji, znienawidzonego powszechnie kapitana Bauera, który wszędzie starał się mieć swoich szpiegów.

Mimo, iż elita polityczna na czele z królem całkowicie skapitulowała, nastrój w niższych warstwach społeczeństwa był zgoła inny. Naród nigdy nie zaakceptował przystąpienia króla do targowiczan i wielu ludzi wciąż rwało się do walki. Nie czekano też na najgorsze, bo jeszcze w 1793 r. w największej tajemnicy rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do powstania. Liczono, że Tadeusz Kościuszko stanąłby na czele całego ruchu, ten jednak podchodził do sprawy bardzo ostrożnie (a może po prostu odpowiedzialnie?), chcąc mieć pewność, że wszystko jest przygotowane na tyle dobrze, by powstanie miało choć cień szansy na powodzenie. Niestety, życie nie chciało poczekać na Kościuszkę i gdy padł rozkaz redukcji armii, gen. Antoni Madaliński nie wykonał rozkazu rozpoczynając słynny wymarsz swojego oddziału spod Ostrołęki w kierunku Krakowa. Nie było już odwrotu – Kościuszko musiał czym prędzej przyjechać do kraju i zaczynać powstanie, które oficjalnie rozpoczęło się 24 marca w Krakowie.

Kościuszko wiedział, że sam Kraków nie wystarczy, a powstanie bez zdobycia Warszawy szybko zostanie stłumione i upadnie. W Warszawie co prawda istniał zawiązany spisek, którego motorem był Ignacy Działyński, szef słynnego 10. Regimentu Pieszego Koronnego, nazywanego po prostu Działyńczykami. Domagali się oni od Kościuszki szybkiego rozpoczęcia powstania z obawy przed dekonspiracją. Czas pokazał, że ich obawy były słuszne, gdyż jeszcze na początku marca doszło do pierwszych aresztowań poszczególnych spiskowców. Zasiało to ferment wśród sprzysiężonych, którzy zaczęli w tych nerwowych okolicznościach tracić głowę. Podczas jednego ze spotkań rozgoryczony kapitan artylerii Mehler rzucił się wręcz na Andrzeja Kapostasa ze szpadą. Nie pomagała też nikomu nieobecność Działyńskiego, który musiał uciekać z Warszawy, aż w końcu został aresztowany przez Rosjan.

Kiedy drugi przywódca, Kapostas, uciekł do Krakowa, sprzysiężenie się rozpadło – właśnie wtedy, gdy powstania już nie można było zatrzymać, a Kościuszko słał odezwę do płk. Filipa Haumana, dowódcy Działyńczyków, który miał kierować akcją w Warszawie, pisząc, że „pośpiech jest bardzo potrzebny”. Warszawa nie mogła zawieść.

Nóż na gardle

Na wieść o rozwiązanym spisku warszawskim, Kościuszko błyskawicznie postawił na 25-letniego Tomasza Maruszewskiego, który przybył do stolicy i energicznie odbudował sprzysiężenie. Przedstawiciele powstańczej prawicy, pozbawieni swoich przywódców, zostali odsunięci od kierownictwa, zaś do głosu tym razem doszli ci, którzy dotąd zepchnięci byli na dalszy plan, m.in. szewc Jan Kiliński czy rzeźnik Józef Sierakowski. Kiliński skaptował dla spisku wiele cechów warszawskich, w których miał znaczne wpływy. Związek Rewolucyjny uformowany w pierwszych dniach kwietnia nabrał nowej energii, szczególnie 8 kwietnia, kiedy do stolicy dotarła wieść o zwycięstwie Kościuszki pod Racławicami wywołując wśród mieszkańców prawdziwą euforię. Poseł pruski w Warszawie, L.H. Buchholtz, zanotował wówczas: „Generał Igeström jest zrozpaczony, stara się ukryć złe informacje jak tylko może”. Ambasador rzeczywiście był wściekły, tym bardziej, że w Petersburgu sądzono, że ma on wszystko pod kontrolą. W rzeczywistości sytuacja wymykała mu się z rąk. Wydelegował część warszawskiego garnizonu pod dowództwem gen. Chruszczowa nad Pilicę, aby wykryć i obserwować ewentualny marsz powstańców na Warszawę. Tym samym jednak garnizon w stolicy został uszczuplony, osłabiając siły rosyjskie w razie wybuchu buntu w mieście.

Wiadomo już było, że teatr wojny wkrótce musi przenieść się do Warszawy. Miasto było niezwykle strategiczne: w pobliskich Łomiankach znajdował się młyn prochowy, a na Woli prochownia z dużymi zapasami. Największe znaczenie miał jednak Arsenał z jego dużymi zapasami broni ręcznej, amunicji, a przede wszystkim sprzętem artyleryjskim. Kościuszko wraz ze swymi wojskami już zmierzał ku Warszawie, która wyczekiwała go z niecierpliwością. Pytanie brzmiało tylko, do kogo będzie należał pierwszy ruch? Rosjanie już wcześniej podejmowali próby przejęcia arsenału, lecz za każdym razem natrafiali na przeszkody ze strony miejscowego pospólstwa. I to właśnie zwykli mieszkańcy, a nie skromny garnizon polskiego wojska, stanowili największą obawę Igelströma, który zdawał sobie sprawę z wrogiego, choć utajonego, nastawienia miejscowych wobec Rosjan. Generał von Pistor opracował co prawda plan na wypadek wybuchu powstania w stolicy, lecz na wszelki wypadek postanowiono pozbyć się mieszczaństwa zawczasu – fortelem. Haniebną rolę w tym planie odegrali także częściowo byli targowiczanie, hetman Piotra Ożarowski i biskup Józef Kossakowski. Rosjanie postanowili nie czekać dłużej na rozwój wypadków.

Tymczasem nieświadomi niebezpieczeństwa warszawiacy rozpoczęli już przygotowania do Świąt Wielkanocnych. Na początku Wielkiego Tygodnia do szewskiego warsztatu Kilińskiego przyszedł pewien rosyjski żołnierz, który służył w kancelarii Igelströma. Kiliński wspominał: „Przyszedł do mnie w dzień wtorkowy z rana trzewiki dla swojej kochanki kupować, a kupiwszy one, tak do mnie zaraz mówił, abym ja zabrał żonę i dzieci i co lepszego z rzeczy i wyjechał z Warszawy choć na dwie niedziel; ja będąc ciekawym, zaraz go pytałem, dlaczego mi karze wyjechać?”. Ponieważ byli w dobre komitywie, rozmowa zaczęła się toczyć przy wódce.

Przy dłuższym wypytywaniu szewc zrozumiał znaczenie ogłoszonego niedawno zarządzenia jakoby wszystkie msze rezurekcyjne w Warszawie miały być odprawione o jednej godzinie, tj. o 20.00. Plan Rosjan zakładał zgromadzenie wszystkich warszawiaków, łącznie z żołnierzami, na mszy, a w tym czasie Rosjanie mieli zająć arsenał. Przed kościołami miały już czekać armaty gotowe do wystrzału na wypadek jakichkolwiek niepokojów. Gdyby misja się nie powiodła, Rosjanie mieli po prostu podpalić Warszawę i wymaszerować z miasta. Stolicę czekała rzeź. Kiliński serdecznie podziękował żołnierzowi za cenną radę. „[…] skorom się z nim pożegnał, tom zaraz jak najprędzej dał znać współbraciom moim […] i zaraz prosiłem ich na ostatnią sesję, którą my mieliśmy w koszarach artylerii”. Zebrali się wówczas wszyscy spiskowcy „widząc, że to nie żarty”. Ponieważ wiedziano, że muszą zdążyć przed Wielką Sobotą, nie mogli już dłużej czekać na przybycie Kościuszki – nie było czasu do stracenia.

13 kwietnia w domu Kilińskiego przy ul. Dunaj na Starym Mieście podjęto decyzję o rozpoczęciu powstania w Wielki Czwartek o 5.00 rano, gdy nocne warty rosyjskie opuszczały swoje posterunki i udawały się do kwater. Zmęczonych żołnierzy łatwiej było zaskoczyć. Znakiem do rozpoczęcia miał być wystrzał z armaty. Najtrudniej jednak było znaleźć przywódców. Do spisku należeli bowiem zarówno wojskowi, jak i członkowie wielu cechów warszawskich. Nikt jakoś się do tego nie palił. Na przywódcę mieszczan ostatecznie wybrano Kilińskiego, który dotąd świetnie się wywiązywał z organizacji przedsięwzięcia, choć zasłaniał się brakiem doświadczenia. Tłumaczył się: „Tak tedy ja biedny, nie mając, co by stanął od pospólstwa na czele, więc przyszło mi do tego, że mnie oficerowie przymusili, żem się musiał rezolwować i być powodem całej rewolucji, lub mi to było bardzo trudno się odważyć, ale i cóżem miał robić nie znając żadnej taktyki?” Z dowódcą wojskowym był większy kłopot, gdyż namaszczony przez Kościuszką płk Hauman został już wcześniej zobowiązany przez króla słowem honoru, iż do żadnych rebelii przystępować nie będzie. Musiał więc odmówić powstańcom. Ostatecznie trzeba się więc było obejść bez głównodowodzącego. Nad rozwojem wypadków mieli jedynie czuwać oficerowie artylerii z arsenału pod kierunkiem kpt. Roppa.

Powodzenie tej desperackiej misji było bardzo niepewne, a wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi. Kościuszko był daleko, spiskowcy byli zdani na siebie w mieście pełnym rosyjskich żołnierzy, mających w odwodzie stacjonujący nieopodal pruski oddział gen. von Wölcky’ego. Powstańcy musieli zaś liczyć na polskie garnizony, co do których postawy wciąż nie mieli pewności, oraz na cywilnych mieszkańców, którzy nigdy dotąd nie parali się rzemiosłem wojennym.

17 kwietnia

Zaczęło się nad ranem. Między 4 a 5 rano na Zamku Królewskim wszczęto alarm. Słychać było armatnie wystrzały, a prawie wszystkie kościoły biły na alarm. Przestraszonego i niekompletnie ubranego króla wyprowadzono wraz z całym dworem na dziedziniec i otoczono gwardzistami dla ochrony. Stanisław August był zdenerwowany, ale starał się zachować spokój. Wyprowadził on swoją jedyną kompanię gwardii pieszej na plac przed zamkiem, żeby rozeznać się w sytuacji. Ten widok uświadomił mu, że wydarzenia dzieją się już całkowicie bez jego udziału.

Do pierwszych powstańców co rusz dołączały nowe oddziały, a walki wybuchały już w różnych częściach miasta. Okazało się, że za broń chwycili wszyscy, wielu po raz pierwszy w życiu: kowale, krawcy, smolarze, księża, Żydzi. Wiele osób przyłączało się spontanicznie, jak np. dowódca batalionu skarbu koronnego płk Gisler, który nie należał do Związku Rewolucyjnego. Służba opuszczała swoich panów, podobnie jak królewscy gwardziści, którzy także nie potrafili stać biernie. Gdy grupa uzbrojonych mieszczan maszerująca w stronę ambasady wezwała ich do siebie, pewien młody oficer wystąpił naprzód i zapewniając króla o swej lojalności, oświadczył, że muszą iść tam, gdzie wzywa ich honor. „Honor wasz i obowiązek nakazują wam stać przy mojej osobie…” – zaczął król, lecz nie zdążył nawet skończyć zdania. Zignorowany monarcha mógł tylko patrzeć jak jego gwardia włącza się do walki.

Tymczasem powstańcom udało się już opanować arsenał i rozdać broń wszystkim wolontariuszom. Na Starym Mieście od razu kontrolę przejął Kiliński, który zagrzewał pospólstwo do walki. Udało się też szybko wypędzić z ratusza znienawidzonych targowickich urzędników (na czele z prezydentem Andrzejem Rafałowiczem), którzy szukali schronienia wraz z innymi zdrajcami na Zamku Królewskim, stawiając króla w bardzo kłopotliwym położeniu. Do ratusza zaś powrócił niesiony na rękach Ignacy Wyssogota Zakrzewski, dzięki czemu powstańcy niemal od razu mogli zacząć organizować Radę Zastępczą Tymczasową.

Już w pierwszych godzinach udało się rozproszyć wojska cesarskie, wprowadzając w ich szeregi ogromny chaos. W międzyczasie część wojsk rosyjskich (m.in. ludzie gen. Nowickiego) po prostu się wycofała. Wielu zginęło, poszło do niewoli albo czmychnęło do obozu Prusaków. Ataki powstańców przeprowadzane były chaotycznie, ale z dużą odwagą. Walka w mieście wymuszała bowiem konieczność poruszania się w małych oddziałach, co Polakom przyszło znacznie łatwiej niż Moskalom. Sukces jednak był jeszcze odległy.

Tuż za murami miejskimi toczyła się wciąż zaciekła walka na śmierć i życie, szczególnie na ul. Miodowej, gdzie mieściła się ambasada rosyjska, ale także pobliskiej ul. Długiej, Senatorskiej czy na Placu Krasińskich. Kluczowa była oczywiście ambasada i rezydencja Igelströma (obecny pałac Młodziejowskich). Tu sytuacja długo nie mogła się rozstrzygnąć. Oblężony ambasador nie mógł dowodzić oddalonymi jednostkami, a ponieważ wiele jego rozkazów nie docierało, wojsko rosyjskie było bardzo zdezorientowane. Dzięki temu oddział Działyńczyków, który nadchodził z Ujazdowa, mógł przemaszerować bez przeszkód do skrzyżowania Nowego Światu i ul. Świętokrzyskiej. Mijane po drodze jednostki rosyjskie nie bardzo wiedziały co robić bez rozkazów, a nie miały dobrego rozeznania w sytuacji. Działyńczyków zatrzymał dopiero oddział gen. Miłaszewicza na Krakowskim Przedmieściu, wspomagany przez kawalerię księcia Gagarina. Zaciekła walka rozgorzała w okolicach kościoła św. Krzyża, który zresztą posłużył jako wieża strzelnicza do wyeliminowania niebezpiecznej rosyjskiej artylerii. Wystarczyło bowiem dwóch dobrych strzelców, z których jeden wykorzystał właśnie wieże owego kościoła, aby – niczym snajper – strzelać do każdego kanoniera zbliżającego się do armaty. Zwyciężywszy na tym odcinku, Działyńczycy mogli dalej kontynuować marsz aż pod Kolumnę Zygmunta, podczas gdy Rosjanie poczęli już sukcesywnie tracić inicjatywę.

Pod koniec dnia Moskale byli już w rozsypce: do poranka zasięg terenu zajmowanego przez wojska Igelströma obejmował w zasadzie kwartał ograniczony ulicami Długą i Miodową oraz Pałac Krasińskich i otaczający go ogród, choć należy przyznać, że Rosjanie walczyli dzielnie do końca. Zdając sobie sprawę z fatalnego położenia, Igelström poprosił o pozwolenie na kapitulację. Gen. Stanisław Mokronowski zgodził się na zawieszenie broni, jednak ambasador złamał jego warunki i uciekł z oblężonego kwartału do obozu Prusaków na Powązki, a stamtąd dalej do Karczewa. Pozostali w ambasadzie Rosjanie wkrótce także zostali pokonani.

Zdobycie ambasady rosyjskiej było przypieczętowaniem triumfu powstańców, ale także początkiem nowych kłopotów. Z piwnic wydobyto m.in. tajne archiwum poselstwa obejmujące wszystkich, którzy przez lata współpracowali z Rosją i pobierali łapówki. Wielu już wkrótce spotkała za to publiczna egzekucja. Na razie jednak cieszono się ze zwycięstwa. Wieczorem 18 kwietnia 1794 r. Warszawa po raz pierwszy od dekad została całkowicie wyzwolona spod rosyjskich wpływów. Płonącego pałacu Młodziejowskiego nikt nawet nie próbował gasić.

Co począć z królem?

Jedynym niepasującym elementem całej układanki pozostawał król, którego położenie przed wybuchem powstania było nie do pozazdroszczenia, ale dopiero po wyzwoleniu Warszawy i przyłączeniu się stolicy do Kościuszki jego los zawisł na włosku. Największym bowiem dramatem ostatniego władcy Polski była jego kompletna niezdolność do walki. O ile pragnął on zachowania Rzeczpospolitej przy życiu, o tyle do końca maniakalnie trzymał się myśli, że jest to możliwe przy użyciu negocjacji, paradoksalnie nawet wtedy, kiedy naród gotów był walczyć na śmierć i życie. Kiedy insurekcja warszawska już wybuchła, zamiast wpierać powstańców lub chociaż trzymać się na uboczu, Poniatowski próbował negocjować z Igelströmem warunki kapitulacji licząc, iż uda mu się ochronić przed gniewem carycy. Misja ta nie powiodła się tylko dlatego, że ambasador po prostu uciekł. Poniatowski natomiast został, a jego los stał się bardzo niepewny, ponieważ stał się dla powstańców całkowicie zbędny. Co więcej, gdy wkrótce w Warszawie rozpocznie się publiczne wieszanie zdrajców targowickich, także pod Zamkiem Królewskim, ku przerażeniu króla, zostanie zbudowana szubienica.

Poniatowski rzeczywiście stał się problemem. Był jednak kościuszkowcom potrzebny żywy z jednego powodu. Zabiegali oni o poparcie w różnych krajach europejskich, a bardzo zależało im na tym, aby ich ruchu nie utożsamiać z Rewolucją Francuską, która po ścięciu Ludwika XVI ze wszystkich dworów europejskich uczyniła sobie wrogów.

Do końca insurekcji kościuszkowskiej Stanisław August Poniatowski siedział w swoich ukochanych Łazienkach, nie jak król, lecz jak zakładnik, nieustannie obawiając się zemsty z rąk własnego narodu. Chyba nigdy nie zrozumiał, że jego błędem nie było zerwanie stosunków z Rosją, lecz to, że nigdy nie zaufał do końca swoim własnym poddanym. Warszawa nie zwyciężyła bowiem dzięki polskiemu wojsku. Liczebność garnizonu rosyjskiego należałoby liczyć na ok. 8 tys. ludzi. Wojciech Kępka-Mariański szacuje, że polskich żołnierzy w walkach brało udział ok. 3500-3900. Można jednak przypuszczać, że czynny udział w powstaniu wzięło ok 15-20 tys. ludzi. Prawdziwymi autorami tego sukcesu byli zwykli, ale zdeterminowani ludzie: szewcy, bednarze, rzeźnicy, murarze, lokaje i wielu innych, których imiona nie przeszły do historii.

Aleksandra Niedźwiedź

Bibliografia:

Kępka-Mariański Wojciech, Insurekcja Warszawska 1794, Bellona, Warszawa 2012.
Kiliński Jan, Pamiętniki [w:] Pamiętniki z Osiemnastego Wieku, t. 1, J. K. Żupański, Poznań 1860.
Toll Johan Christopher, Powstanie kościuszkowskie w świetle korespondencji posła szwedzkiego w Warszawie. Raporty J.C. Tolla do regenta Szwecji księcia Karola Sudermańskiego i kanclerza Fredrika Sparrego (styczeń-sierpień 1794), tłum. L. Postén, PWN, Warszawa-Kraków 1989.
Zamoyski Adam, Ostatni król Polski, tł. Ewa Horodyska, Arx Regia, Warszawa 1994.

Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska<

Podziel się i skomentuj