Czwartek, 18 lipca 2019

Kazimierz Wybranowski (Roman Dmowski): Dziedzictwo cz. II

Opublikowano: 9 sierpnia 2017 02:36:51
Podziel się i skomentuj

Kazimierz Wybranowski to pseudonim Romana Dmowskiego, najwybitniejszego polityka polskiego XX wieku. Jego powieść Dziedzictwo czekała kilkadziesiąt lat na kolejne wydanie. Dlaczego Dmowski napisał tę powieść? Przed czym chciał czytelników, zwłaszcza młodych przestrzec? Czytelnik znajdzie tu odpowiedzi na te pytania.
------

Drzwi do biblioteki prowadziły prosto z hallu. Była to wielka sala o trzech oknach, cała zrobiona z dębu, z dębowym belkowanym pułapem. W środkowej ścianie mieścił się duży, marmurowy kominek, stary, widocznie z Włoch pochodzący, na którym także palił się suty ogień. Kilka obrazów i parę rzeźb dobrze świadczyło o znawstwie gospodarza. Poza tym ściany były zajęte przez półki, zastawione do pułapu książkami. W dwóch miejscach wprawione były szafy. Dwie zbroje stały po obu stronach kominka. W jednym końcu sali, bokiem do okna, stało drze biurko, w drugim ogromna otomana, nakryta dywanem perskim. Miękki dywan smyrneński pokrywał podłogę całej sali. Umiejętne, nie rażące oświetlenie elektrycznym pająkiem, zawieszonym po środku, i lampami umieszczonymi po bokach dawało wrażenie wielkiej powagi, a jednocześnie wykwintnego smaku.
Grzegorz podprowadził Twardowskiego do otomany.
- Tu pan umarł - rzekł zdławionym, niemal łkającym głosem.
Twardowski bystro na niego spojrzał: w oczach siłacza znów łzy świeciły.
- Jak to było? - zapytał.
- We wtorek koło trzeciej po południu pan zadzwonił na mnie. Siedział w fotelu przed kominkiem, kazał sobie trochę wcześniej przynieść lekarstwo, którego stale zażywał. Gdy wróciłem z lekarstwem - za dwie, najwyżej trzy minuty - leżał na otomanie. Podszedłem do niego - już nie żył...
Po dłuższym milczeniu dodał:
- Rano tego dnia był ksiądz proboszcz. Pan się wyspowiadał, przyjął święte Sakramenta. Widać spodziewał się śmierci.
- Powiadasz, że stryj zwykle przebywał tu, w bibliotece. Cóż robił?
- Czytał książki. A najwięcej chodził. O tak, tutaj, z końca w koniec, z końca w koniec... Z parę mil dziennie chyba wychodził. Ostatnie dwa tygodnie dużo siedział i pisał.
- Co? - zapytał żywo Twardowski.
- Nie wiem. Coś dla pana...Bo gdy skończył, wlozyl to wszystko w dużą kopertę, zapieczętował i powiedział: "Po mojej śmierci oddasz to panu Zbigniewowi".
- Gdzież jest ta koperta?
- Nie ma jej. W wilię śmierci zastałem go, jak siedział przy kominku, koperta była rozdarta, a papiery jeden po drugim szły w ogień. Spojrzał na mnie i powiedział tylko te słowa: „Po co mu moje kłopoty, będzie miał dosyć własnych....

Kazimierz Wybranowski (Roman Dmowski): Dziedzictwo cz. II
Fragment Berna w 1914 r.

Twardowski zaczął wielkimi krokami chodzić po pokoju. Co mógł zawierać ten rękopis stryja?.. Dlaczego go zniszczył?.. W szukaniu odpowiedzi na te pytania nie miał nawet od czego zacząć.
Myśli jego przewal głos Grzegorza:
- Tak samiuteńko nieboszczyk pan chodził po pokoju.
Twardowski uczuł potrzebę zostania sam na sam ze sobą.
- Ja tu trochę posiedzę - rzekł do służącego. - Zadzwonię przed pójściem spać.
- Czy mam przynieść herbatę?
Twardowski spojrzał na zegarek - było pól do dziewiątej.
- Kolo dziesiątej - rzekł. - A gdzie Piorun?
- Zjadł kolację i hula teraz z psami po ogrodzie.
- To macie więcej psów?
- Jest wyżeł do polowania i cztery duże, bardzo złe psy do pilnowania domu w nocy. Chodzą z nocnym stróżem po ogrodzie.
Zauważywszy zdziwienie nowego pana, dodał:
- Okolica tu spokojna. Ale obawiamy się gości z dalszych stron.

Twardowski zaliczył sobie w myśli te ostrożność do szeregu zagadek domu i zapytał tylko:
- To i Piorun zostaje na noc w ogrodzie?
- O, nie! Dotychczas było tak, że koło dziewiątej wracał do domu i przychodził do pana do biblioteki. Potem szedł za panem na górę i nocował przy jego pokoju. Teraz, jak pan każe.
- Niech i teraz tak będzie.
Służący widocznie był zadowolony z tego zarządzenia. Wziął od pana kluczyki od waliz i polecenie przygotowania kąpieli.
Twardowski po jego wyjściu podszedl do okna, chcąc wyjrzeć na świat. Odsunąwszy wszakże firankę, stwierdził że okna są zabezpieczone ciężkimi, żelaznymi okiennicami.
Pokręcił głową i usiadł w fotelu przed kominkiem.
Teraz, gdy został sam, zaczął zastanawiać się nad nowym położeniem, w którym się znalazł.
Siedzi obecnie w swoim własnym domu - to takie dziwne dla człowieka, który zawsze i wszędzie był gościem - i to nie w przypadkowo nabytym, ale w swej rodzinnej siedzibie, w miejscu, gdzie ojciec jego spędził lata dziecięce, gdzie siedzieli jego dziadowie. A jednak nie ma wrażenia, że jest u siebie. Ten dom ma swoją duszę, nieznaną mu jeszcze, pełną zagadek. W jego atmosferze jest coś ciężkiego, przygniatającego. To dusza jego stryja, z którym nigdy nie czuł się blisko związany. Przyszła mu myśl. żeby stąd jak najprędzej uciec, uwolnić się od ciężaru, który zaczyna go przytłaczać, wrócić do pracy stanowiącej treść jego życia. Czul wszakże, iż go tu coś zatrzymuje: czy związek z siedzibą rodzinną? czy tajemnica stryja?..Jakie wyznanie, czy oskarżenie zawierał dokument, pisany przy tym biurku, a potem rzucony w ogień?... Jakie myśli dręczyły człowieka, który się zamknął w tym pokoju i niby więzień celi, godzinami całymi chodził tam i z powrotem miedzy czterema ścianami?...

Rozleniwiające ciepło kominka zaczęło go usypiać. Myśli się mieszały, związek miedzy nimi się zrywał, oczy zaczęły się kleić...
Raz, dwa, trzy, cztery... Raz, dwa, trzy, cztery... Ktoś chodził po miękkim dywanie miarowymi krokami. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Twardowski, jeszcze w półśnie, słyszał te kroki. Raz, dwa, trzy, cztery... Czy słyszał?... Raczej czuł je w nerwach. w mózgu. Otworzył oczy - echo tych kroków jakby jeszcze się rozlegało, nie w pokoju, ale pod jego czaszką...

Światła w pokoju były pogaszone. Ogień na kominku dopalił się - tylko żarzące się jeszcze głownie rzucały blask czerwony na najbliższe przedmioty. Obejrzał się wkoło - nikogo w pokoju nie było. Bibliotekę zalęgał półmrok, tylko na pólkach złocone grzbiety książek słabo odbijały blask dogorywającego ogniska. Miał jednak niepokojące przeczucie, że nie jest sam...

U stóp swoich spostrzegł psa, który z nastawionymi uszami, jakby też zaniepokojony, patrzył w jego oczy. Rad, że ma towarzysza, Twardowski szepnął:
- Piorun!
Pies skoczył i z cichym piskiem zaczął się do niego łasić.
W tej chwili wszedł Grzegorz niosąc herbatę.
- Przyprowadziłem tu psa po dziewiątej, ale pan spał. Więc psa zostawiłem i przekręciłem światło. Pewnie panu Piorun nie przeszkadzał?
- Nie. Widzę, że dobrze wychowany choć młody.
- Ma dopiero dwa lata. Ojciec jego zdechł parę miesięcy temu. Dobry był pies; choć stary i już niedołężny, gryzł się z młodym o służbę przy panu. Ale ten będzie jeszcze lepszy. Mojego uczenia - dodał z dumą.
Twardowski wypił filiżankę herbaty i dźwignął się z fotela.
- Czas iść spać - rzekł.
Grzegorz go poprowadził przez sień, jak hall po polsku nazywał, po schodach na górę.

Weszli do pokoju, wyglądającego na gabinet do pracy, z biurkiem i szafami do papierów. Przy jednej z nich stała oszklona szafa, w której zobaczył kilka dubeltówek i sztucerów w towarzystwie przyborów do polowania.
- Pan się kochał w broni - objaśniał Grzegorz, widząc, że zawartość szafy zwróciła uwagę nowego dziedzica. - W tym pokoju pan zwykle siadywał rano i tu jadał pierwsze śniadanie.

Szerokie, otwarte drzwi prowadziły do następnego ciemnego pokoju. Grzegorz podszedl do drzwi, zapalił światło i wówczas Twardowski zobaczył obszerną sypialnię z dużym francuskim łóżkiem, przygotowanym dla niego.

Weszli do niej; pies im już nie towarzyszył. Twardowski obejrzał się i zobaczył Pioruna w pokoju, który opuścili, leżącego na małym dywaniku, naprzeciw drzwi sypialni.
- On już zajął swoje miejsce - rzekł służący. - Tu śpi całą noc i pilnuje pana przez otwarte drzwi. Do sypialni nie wejdzie, chyba że pan zawoła, albo że usłyszy coś podejrzanego. Wtedy podejdzie do łóżka, weźmie pana delikatnie zębami za rękę i dotąd będzie ręką ruszał. dopóki pana nie obudzi.

Twardowski pomyślał sobie, że to jeszcze jedna oryginalność tego niezwykłego domu. Za sypialnią była garderoba, z niej wejście po jednej stronie do łazienki, z drugiej do pokoju dla służącego, który sypiał na górze. Grzegorz objaśniał:

- Dawniej ja tu sypiałem. Ale od czasu jak się ożeniłem, nocuje w swoim mieszkaniu na dole, a tu sypia młodszy służący. Antoni. Pewny i sprytny chłopak.

Gdy wrócili, Grzegorz pokazał mu przy łóżku dwa dzwonki, jeden na niego, drugi na Antoniego. Nacisnął na ostatni i za chwile zjawił się dwudziestokilkuletni chłopak, silnie zbudowany, z jasnym, prawie wesołym spojrzeniem. Przedstawił go panu jako służącego osobistego od garderoby, sam zaś, zapytawszy, czy pan od niego jeszcze czego nie potrzebuje, powiedział "dobranoc" i wyszedł.
W pól godziny potem Zbigniew Twardowski, zmęczony długą podróżą i pogrzebem, spał już mocnym snem w łóżku stryja, w swoim obecnym domu.

Rozdział III

Zbigniew Twardowski był wielkim dziwakiem. Za takiego przynajmniej uważali go prawie wszyscy znajomi, których miał wielu zagranicą, a których w Polsce nie miał wcale. Dziwactwo jego polegało na tym, że był obojetny na interesy i na przyjemności, stanowiące treść życia innych ludzi, i że sprawy serca dla niego nie istniały. Miał lat trzydzieści pięć. a był nie fizycznie, lecz duchowo bardzo stary. Uważano go za mózgowca i to mózgowca skoncentrowanego na jednym przedmiocie, a więc prawie maniaka.

Studiował od wielu lat psychologię z zapałem, z namiętnością; znał ją głęboko. wiedział dużo, ale nic nie pisał. Niektórzy mówili o nim, że się wykoleił, bo się zajmował dziedzinami tajemniczymi, leżącymi poza sferą nauki. Poza tym miał jedną namiętność: uciekał często w góry i wdzierał się na najwyższe szczyty: na łatwiejsze sam, na trudniejsze z przewodnikami.

Był kosmopolitą, czującym się wszędzie u siebie, z wyjątkiem kraju ojczystego, którego prawie nie znał.
W tym dziwactwie nie było bodaj jego winy. Winne były raczej okoliczności jego życia, a nade wszystko stosunki rodzinne, które sprawiły, że od trzynastego roku wyrastał poza krajem. Ojciec jego był jednym z trzech braci, synów szlachcica, siedzącego na dwudziestokilku włókowym mająteczku, przy starym systemie gospodarki była to bieda, zwłaszcza, gdy rodzice postanowili dać synom wyższe wykształcenie. Toteż kiedy synowie pokończyli szkoły, majątek był już obdłużony do ostatniej możliwości. Po śmierci rodziców na Turowie osiadł najstarszy syn, usiłując ratować go nowoczesną gospodarką. Był to jednak człowiek chory, a raczej wmawiający w siebie różne choroby, hipochondryk. Nie miał energii ani do życia ani do gospodarki. Nie ożenił się, na wsi wegetował. Drugi z rzędu brat, obecnie zmarły stryj Alfred, był przeciwieństwem starszego. Był dzielny i przedsiębiorczy. Ukończył studia handlowe zagranicą i pracował kilka lat w bankach i zarządach przemysłowych w Niemczech, Belgii i Anglii, po czym osiadł w Warszawie, gdzie od razu zdobył pozycję i zaczął szybko robić majątek. Wreszcie trzeci brat, ojciec Zbigniewa, młodszy od Alfreda o cztery lata, ukończył medycynę i zaraz po wyjściu z uniwersytetu ożenił się ze starszą od siebie o parę lat nauczycielka, w której się kochał będąc studentem. Wskutek tego musiał zrezygnować z doskonalenia się w swym zawodzie, osiadł w jednym z uboższych miast powiatowych jako lekarz i tam, ciężko pracując, klepał biedę.

Oddaleni od siebie trzej bracia mało się widywali. Zwłaszcza między Alfredem a ojcem Zbigniewa stosunki były napięte. Alfred gniewał się na studenckie małżeństwo brata, uważając je za akt głupoty, a widoku żony jego nie mógł znieść, choć była miłą i zacną kobietą. Zbigniew był jedynym dzieckiem swoich rodziców. Wychowywał się przy nich w lichej, przepełnionej Żydami mieścinie. Uchyla go matka, która sama przygotowała go do szkoły średniej. W jedenastym roku życia rodzice posłali go do Warszawy, do prywatnego gimnazjum, co ogromnie obciążyło budżet skromnego lekarza. W rok potem zaczął się szereg katastrof rodzinnych. Umarł stryj z Turowa, a prawie jednocześnie spadł na chłopca straszny cios - śmierć matki. W niecały rok po matce umarł ojciec. Odrętwiały, przytępiony bólem chłopak przy łóżku umierającego ojca spotkał się po raz pierwszy ze stryjem Alfredem, o którym tylko tyle wiedział, że kupił od ojca za mamy grosz jego udział w spadku po rodzicach i że był niedobry dla jego matki.

Po pogrzebie ojca stryj zabrał go ze sobą. Chłopiec apatyczny, zobojętniały pojechał za stryjem do Warszawy, a potem do Szwajcarii, gdzie go stryj umieścił w pensjonacie, połączonym ze szkołą dla niewielkiej liczby zamożnej młodzieży różnych narodowości. Zostawił go tam samego wśród obcych, z którymi z początku nie mógł się nawet porozumieć. W pensjonacie otoczono go wygodami, jakich przedtem nie znał, od razu też zaciągnięto go do rozrywek i sportów, które wypełniały życie chłopców poza lekcjami, i blisko przez rok uczono prawie wyłącznie francuszczyzny, przygotowując go do brania udziału w lekcjach. Dyrektor otaczał go szczególną opieką, traktując prawie, jak syna. Wakacje spędzał z rodziną dyrektora. Pomimo to sierota, pozbawiony w krótkim czasie rodziców, wyrwany ze swego środowiska, spośród dotychczasowych kolegów, czuł się nieszczęśliwym wygnańcem, skazanym na wygnanie przez stryja. Zamknął się w sobie, zatracił dziecięcą wesołość, stał się nad wiek poważnym i nawet oschłym. Natomiast rozwijał się umysłowo bardzo szybko, uczył się pilnie, zadziwiając nauczycieli swymi postępami, a jednocześnie fizycznie mętniał w doskonałych warunkach, które dawało mu życie w pensjonacie. Największą przyjemność sprawiały mu wycieczki szkolne w góry. Rozmiłował się w nich ogromnie; podczas wakacji chodził w dwójkę z guwernerem, a potem pozwalano mu chodzić samemu ze zwykłym przewodnikiem, co lubił najwięcej.

Stryja nie widywał i listów od niego nie otrzymywał. Tylko od czasu do czasu dyrektor mu mówił, że miał list od stryja, który pytał o jego zdrowie i postępy. Po trzech latach nareszcie przyjechał stryj - na zakończenie roku szkolnego. Zastał chłopaka szesnastoletniego, dobrze wyrośniętego, silnego, nad wiek poważnego, którego dyrektor przedstawił mu jako najlepszego ucznia w całej szkole. Brakowało mu dwóch lat do matury. Stryj go zabrał ze sobą na całe wakacje, które spędzili w Szwajcarii i północnych Włoszech, głównie nad jeziorami. Zobaczył kawałek nowego świata. Stryj był jakiś inny, nie taki, jak go poprzednio widział i jak go sobie przedstawiał. Był bardzo przyjacielski, rozpytywał go troskliwie o jego życie, o jego myśli i zamiary na przyszłość. Powiedział, że chce pójść w ślady ojca i zostać lekarzem. Stryj był z niego bardzo zadowolony, ale zaniepokoiło go to, że chłopak już zapomniał trochę mówić po polsku, że dla ściślejszego wyrażenia swoich myśli często posiłkuje się francuszczyzną, że o Polsce wie bardzo mało, że choć szkoła go wykształciła po katolicku, religijność jego jest zbyt sucha, formalna.

Skończyło się na tym, że stryj postanowił od wakacji zmienić mu szkołę. Umieścił go we Fryburgu, we francuskim liceum katolickim, i nadto znalazł tam na uniwersytecie młodego księdza Polaka, z którym zawarł umowę, że będzie spędzał z chłopcem po parę godzin dziennie, ucząc go języka ojczystego, rzeczy polskich, religii po polsku i pomagając mu w znalezieniu polskiej lektury. Wybór okazał się dobry. Chłopak się z księdzem zaprzyjaźnił, uczył się od niego dużo. Ksiądz był inteligentny i wykształcony, a że również kochał góry, więc korzystali z każdej wolnej chwili i chodzili na wspólne wycieczki.

Teraz już widywał stryja dość często. W podróżach swoich za granicę wpadał on mniej więcej co pól roku na dzień, dwa do Fryburga. Spędzał godziny całe na rozmowach z synowcem i jego przyjacielem księdzem. Te spotkania zbliżały chłopaka ze stryjem, nie wystarczamy wszakże, żeby się do niego przywiązał. Gdy zdał maturę, stryj przyjechał i zapytał go, czy nie zmienił swych zamiarów. Zbigniew wszakże trwał w postanowieniu oddania się medycynie. Uradzono zatem, że wstąpi na uniwersytet w Bernie. Stryj mu otworzył aż nadto wystarczający kredyt w jednym z banków berneńskich i chłopak zaczął samodzielne życie studenta.

Po roku, w lecie stryj wpadł na krótko do Berna, jakiś niespokojny; gorączkowo go wypytywał. Czy wytrwa w rozpoczętych studiach, i ucieszył się bardzo, gdy spostrzegł, że chłopak prace traktuje z wielkim zapałem. Powiedział synowcowi, że mogą się przez długi czas nie zobaczyć i nie będą się mogli nawet listownie komunikował. Zanosi się w Europie na wielką wojnę, która może potrwać wcale długo. Stryj prosił go usilnie, żeby nie przerywał studiów, cokolwiek się stanie. Złożył poważną sumę w banku berneńskim i znacznie podwyższył synowcowi kredyt, licząc się juz z podrożeniem kosztów życia podczas wojny.

Wojna wybuchła. Przez cztery lata jej trwania Zbigniew stryja nie widział i listu od niego nie miał. Tylko bank stale wypłacał mu pochodzące od stryja pieniądze. Student medycyny, jak wszyscy dokoła niego, przebieg wojny śledził, z kolegami o niej ciągłe rozmawiał, był raczej nią oszołomiony. Mniej mu ona niż innym przeszkadzała w studiach, w których pogrążał się z coraz większym zapałem. Wojna jeszcze ciągle trwała, gdy ukończył studia i zdał ostatnie egzaminy. Wkrótce wszakże nastąpił rozejm, i stryj niebawem zjawił się w Bernie. Zbigniew ledwie go poznał - tak był zmieniony. Przygarbił się, krok jego stal się ociężały, wychudłą twarz przeorały zmarszczki, których przedtem na niej nie było, oczy zapadły, przygasły. Była to ruina człowieka, którego sprzed czterech lat pamiętał jako mężczyznę w pełni sił, prosto trzymającego się, sprezystego w ruchach.

Od pierwszej chwili zauważył zmianę tonu stryja w stosunku do siebie. Nie traktował go już jako opiekun pupila, ale jak starzec dorosłego mężczyznę, w którym widzi źródło siły i szuka oparcia dla siebie.

Podziel się i skomentuj