Wtorek, 21 maja 2019

Abp Józef Teodorowicz: Święty Paweł - Apostoł Narodów cz. II

Opublikowano: 24 października 2017 01:08:46
Podziel się i skomentuj

3. Serce.

Osobnego jednak i szczególniejszego zajęcia się z naszej strony domaga się jeszcze przebogate serce Pawłowe. Co nas szczególniej w sercu tym uderza, to niezmierna jego czułość i wrażliwość, podobna do aptekarskiej wagi, którą lada ziarenko drobne już w wielki ruch wprawia. Czuły i wrażliwy jest św. Paweł nie tylko na wielkie sprawy Kościoła i swego apostolstwa, ale odczuwa on z niezmierną delikatnością także wszystko to, co jego samego dotyczy. Ito nas pociąga ku św. Pawłowi, że ten człowiek Boży, ten homo Dei jest jednak tak na wskroś ludzki w swoich uczuciach i tak przez to ku nam przybliżony. Bo i patrzmy tylko, jak to on pragnie dla siebie miejsca w sercach u tych, którym przepowiada Ewangelię; nie zawaha się on przed publicznym żalem na swoich, którzy w zamian za wielkie serce jego, okazane im, nie dają mu odpłaty we wzajemnej miłości: „Ciasno jest w sercach waszych — skarży się on Koryntianom, — rozprzestrzeńcie się i wy'.

Albo jak to on żądny jest uznania swoich dla siebie i jak pragnie, ażeby jego chwała była ubogaceniem duchowym tych, którym jest apostołem. „Podajemy wam sposobność, pisze on do Koryntian, abyście się chlubili z nas". Albo znowu obaczmy, jak łaknie on dla siebie pokrzepienia i pociechy ludzkiej: „Cieszę się — pisze on — z obecności Stefany, Fortunata i Achaika, bo gdy mi was brakowało, oni to wynagrodzili gdyż pokrzepili ducha mego".

Albo jak wrażliwym i czułym jest Paweł św. na wszelaki smutek: O drogim sobie Epafrodytusie, który bliskim będąc śmierci, ozdrowiał, pisze on: „Bóg zmiłował się nad nim, ale i nade mną, abym po smutku jednym nie miał smutku nowego".

Abp Józef Teodorowicz: Święty Paweł - Apostoł Narodów cz. II

Jak też wrażliwym jest serce Pawłowe na każde osamotnienie duchowe i na lekceważenie łub niewdzięczność. W delikatnej skardze żali się on w jednym z Listów swoich: „Ty wiesz, że w Azji wszyscy odwrócili się ode mnie".

Albo gdzie indziej: „Przy moim pierwszym posłuchaniu, — (tu mówi o przesłuchaniu go przed trybunałem rzymskim, jako oskarżonego), nikt mnie nie wsparł, lecz wszyscy mnie opuścili... Demas opuścił mnie z miłości dla świata".

Jak za to wdzięcznym jest i wrażliwym, jak wysoko wynosi każdy objaw serca, okazany mu w nieszczęściu. Opuszczony przez wszystkich, ze wzruszeniem pisze swemu uczniowi: „Jeden Łukasz jest ze mną". Gdybym miał czas, mno­żyłbym jeszcze obrazy dobyte ze skarbca tego serca, prawdziwie kobiecego w czułości, delikatności i wrażliwości. Ale dla braku czasu na pobieżnym szkicu ograniczać się muszę. Twardym jest zazwyczaj los serc czułych na ziemi. Wielka ich wrażliwość na każde ukłucie szpilką zawraca je często zbyt wyłącznie ku samym sobie, a znieczula za to na sprawy bliźnich. Niewdzięczność ludzka rozgorycza je; obojętność świata je mrozi; zawód doznany przygnębia, a cierpienie i krzyż powala. Lecz nie przymierzajmy tylko tej miary zwyczajnej dusz tkliwych do serca Pawłowego, gdyż zgotuje nam ono największą niespodziankę. To bowiem, co inne serca zakwasza, rozgorycza, zniechęca, to jego serce tylko tym większą miłością rozpłomienia; co innych łamie, to jego podnosi. A gdy Paweł Św. zda się być obróconym ku sobie, to w istocie z zupełnym zapomnieniem siebie wyłącznie oddany jest innym. I wejrzyjmy tylko bliżej w tajniki serca Pawłowego, a obaczymy, jak wzruszająca jest jego miłość w tkliwości, zdumiewająca w jej głębokości, a wprost porywająca w wylewie uczuć, po ziemsku wrażliwych dla innych.

Myślałby kto, że odczuwając tak żywo, co jego samego dotyczy, św. Paweł tkwić będzie uczuciem przede wszystkim w sobie. Tymczasem on żyje cały w drugich. On tkwi w potrzebach swoich najbliższych, w ich bólach i radościach, szczęściu i nieszczęściu, daleko bardziej, niźli w samym sobie.

I nie potrzebują jego umiłowani dopiero mówić mu wiele o swych trudnościach i troskach, albo zwierzać mu je, lub też żalić się na nie; nie potrzebują też dopiero przypominać mu się prośbą, ażeby pamiętał o nich. Bo jak delikatny instrument muzyczny, chociaż nikt w struny nie uderza, już drga muzyką i melodią, gdy tylko inny instrument obok postawiony gra, podobnie i serce Pawłowe (Newmann).

To, co o sobie Mickiewicz powiedział w poetycznej emfazie — że cierpi i kocha za miliony, — to św. Paweł, choć prozaicznie ale dosłownie o sobie mówi: „Któż jest chory, a ja nie choruję? któż się gorszy, a mnie to nie pali"? I jego to jest własna maksyma życiowa, jaką zaleca innym: „By płakać z płaczącymi, a weselić się z weselącymi". Często się dzieje, że poryw i zachwyt łask, pociągających ludzkie serce ku mistycznej miłości, znieczula je już na wszelką miłość ziemską. Tymczasem u św. Pawła zdaje się, jak gdyby jego zachwyty aż ku trzeciemu niebu, jego tęsknoty za oglądaniem Jezusa, jego oczekiwanie niebiańskiej chwały, miały dla siebie jeszcze rywala jakiegoś w miłości ziemskiej swoich na ziemi. Odnosi się wrażenie jak gdyby jakiegoś borykania się św. Pawła w duszy z samym sobą, jakiejś nieomal walki w nim pomię­dzy ekstazą Chrystusowej miłości, rwącej go ku niebu, a znowu nieprzezwyciężonym prawie pociągiem miłosnym dla tych, których umiłował na ziemi. O dziwo! On, który uniesiony jest do najwyższych ekstaz, on, który w drodze do Damaszku, raz ujrzawszy Jezusa, odtąd już na zawsze na tym wejrzeniu spocznie i nigdy się od miłosnej kontemplacji Umiłowanego nie oderwie, on ró­wnocześnie zda się, jak gdyby zapotrzebowywał jeszcze czegoś dla pełnego swego szczęścia, a mianowicie oglądania ukochanych swoich. I gdy tylko dłużej jest oddalony od nich, gdy nie widzi przyjaciół swoich, to się wprost uspokoić nie może: „Nie miałem uspokojenia dla ducha mojego, — pisze on, — przeto, żem nie znalazł Tytusa, brata mego".

On, który zapatrzony jest cały w chwałę niebieską, zdaje się, jak gdyby miał jeszcze jakieś zastrzeżenia, jakieś warunki, i jak gdyby dopiero wtedy w pełni w chwałę Pańskiej ucztował, gdy ją dopełni chwałą, jaką ma ze swoich uczni na ziemi. „Bo i któż jest nadzieją naszą, albo weselem, albo koroną chwały?"— pyta on, apostrofując swoich. I odpowiada sam na to: „Zaiste, wyście chwała nasza i wesele nasze". A patrzmy znowu, jak serce jego zda się być rozdarte na dwoje i podzielone pomiędzy tęsknotą gorącą za Jezusem, łaknącą zerwania pęt ciała i połączenia z Nim na wieki, a znowu pomiędzy pragnieniem wyrzeczenia się tej tęsknoty miłosnej swego serca na rzecz tych, którzy by po Pawłowym odejściu czuli się osieroceni. „Z dwu stron — mówi on — ściśniony jestem: Pragnę rozstać się z tym życiem, a być z Chrystusem, bo to daleko lepsza: ale i pozostać w ciele, bo to potrzebniejsza dla was. A wiem to na pewno, że jeśli pozostanę, pozostanę dla wszystkich was, ku waszemu pożytkowi i weselu z wiary: aby obfitowała radość wasza w Jezusie Chrystusie ze mnie, gdy znowu do was przybędę".

O dosyć, dosyć na tych przykładach! Dalej jeszcze iść w tkliwej miłości dla swoich przecież jest wprost niepodobnym.

* * *

Wiem, co mi jednak tutaj powiedzieć możecie: „Ale tak kocha Paweł św. przyjaciół. Tymczasem najwyższym probierzem miłości jest miłość nieprzyjaciół". Zgoda na to; lecz dzięki bogactwu Pawłowego serca mogę się podjąć wykazania, że i na tym polu św. Paweł jest szczytny i wzniosły; że jego serce nawet pośród pocisków nienawiści, godzących w nie, wznosi się do najwyższego triumfu miłości. Mamy na to przykład na jego stosunku do żydów, którzy są najzacieklejszymi jego nieprzyjaciółmi. Z właściwym sobie fanatyzmem, z przemyślnością swego geniuszu nienawiści, ścigają oni wszędzie i zewsząd św. Pawła i nie zapomną mu nigdy, że był ich człowiekiem, ich chlubą, że prześcigał ich samych w srogości prześladowania chrześcijan, a teraz od nich odpadł i stał się wyznawcą Chrystusowym. Nie masz broni, której by przeciw znienawidzonemu przez siebie, nie użyli, ażeby go sprzątnąć ze świata, albo przynajmniej w dzia­łalności unieszkodliwić, sparaliżować i spętać, albo też skompromitować. Wszędzie go śledzą, wszędzie, gdzie on działa, tam i oni są, i albo ciskają w niego oszczerstwa, albo próbują podstępem wprowadzić go w zasadzkę i ubić, albo go biczują i do więzień wprowadzają, albo go znowu oskarżają fałszywie przed rzymskim trybunałem, albo też podstępnie przemieniają się w przyjaciół Pawłowych i przyjmują nawet Chrystianizm, ale na to tylko, ażeby wewnątrz dzieło Pawłowe burzyć, rozkładać i przeciw niemu spiskować. Zagoryczą mu oni każdą chwilę, każdy jego wysiłek zatrują, każdy poryw wielki spętają, każdą pracę cierniem przetkają.

Rwie się, szamoce w tych straszliwych pętach i zasadzkach, gorące, płomienne, łaknące rychłego podboju świata Chrystusowi, atak ciągle i okrutnie w tym pragnieniu hamowane — serce Pawłowe. Wzbiera ono nieraz już takim oburzeniem, iż zda się, że pęknie i wyleje się na tych, tak wytrwałych, tak zręcznych, przemyślnych, nieprzejednanych, a tak dla jego zamysłów i prac niebezpiecznych nieprzyjaciół jego. I już woła św. Paweł do żydów w najwyższym oburzeniu duszy: „Krew wasza na głowy wasze!" Czy jednak wzburzenie to tak wielkie Pawłowe przeleje się w nienawiść, albo go popchnie do odtrącenia swoich wrogów? Takby się może komu zdawać mogło. Ale nie! Nie lękamy się o serce Pawłowe. Prześladowanie jego nieprzyjaciół wydobędzie z tego serca tylko tym głębszą i tym płomienniejszą miłość dla tych, którzy go nienawidzą, a których on nazywał „braćmi swymi wedle ciała". I niemasz takiego wyrzeczenia i takiej ofiary, jakiej by Paweł św. dla swoich nie poniósł.

Jakże to on ich kocha! Wtedy gdy oni się nań ciskają, pieniąc się, gdy go za wyrzutka swego społeczeństwa uznają, to on w swym sądzie o nich miesza wyrok sprawiedliwy z przedziwną wyrozumiałością. Potępia ich, bo i potępić musi. Ale nawet do wyroku sędziego jeszcze przymięsza się miłość, ażeby usprawiedliwiać, tłumaczyć, a przynajmniej na tle czarnym jasne podnosić strony. Ona to, ta miłość tkliwa, a wielka, staje się na przemian i sędzią i obrońcą. Naród swój św. Paweł wini, że do „prawa sprawiedliwości nie dosięgnął"; „bo zabiegał o nią nie przez wiarę, lecz przez uczynki"; „bo się potknęli (żydzi) o kamień obrazy"; ale też i zaraz dodaje, że mimo swoją winę", „Izrael gonił za prawem sprawiedliwości", podczas gdy „poganie nie zabiegali o sprawiedliwość".

Oskarża swoich św. Paweł, że „nie znając sprawiedliwości Bożej i usiłując postawić natomiast swoją własną, nie poddali się sprawiedliwości"; „zbywa im (też) na umiejętności". A jednak oświadcza równocześnie Apostoł: „Oddaję im to świadectwo, iż mają gorliwość Bożą". Ale jednak popełnili oni straszliwą zbrodnię. Tej ani próbuje, ani chce czymkolwiek Paweł usprawiedliwiać. Lecz miłujące jego oko nie może i wtedy jeszcze odpocząć na samych tylko krwawych obrazach najokrutniejszego występku. Skoro już nie zdoła z duszy ciemnej swego narodu wydobyć żadnego promienia świetlistego, wtedy oko jego zawraca ku wielkiej myśli Bożej, która rządziła dziejami jego ukochanego, a tak wybranego Izraela i wyniosła go wysoko. I on, gdy w swym narodzie widzi samą tylko niewdzięczność, zatwardziałość i zło, zamiast skarg wzbija się aż do podziwu myśli Bożej w dziejach Izraela i aż do wyniesienia narodu w jego wielkości, w jego tradycji i w jego duchowym bogactwie. Oto, jak on naród swój wielmoży. Mówi o nim: „Którzy są Izraelici, których jest synostwo i chwała, i przymierze, i zakon i służba Boża, i obietnice: których ojcowie, i z których jest Chrystus wedle ciała". Lecz widzi on dobrze, jaka to przepaść przedziela wielkie posłannictwa Izraela od jego dzisiejszego sprzeniewierzenia się idei Bożej i zamierzeniom Bożym; i myśl o tym napełnia go niezmierną boleścią. I ten apostoł radości, ten siewca szczęścia, on sam nosi w sercu swym cierń ustawicznego bólu i smutku. Czy może dla prześladowań, jakie od swoich ponosić musi? Nie, nigdy! Nie nad sobą, ale nad tymi on boleje, którzy go prześladują. Smutkiem go napełnia ich apostazja i zaślepienie.

O tym to smutku i o tej przyczynie i źródle swej boleści, gdy pisze, dodaje w spowiedzi publicznej swojego serca: „Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię; bo mi świadectwo daje sumienie moje w Duchu świętym, że smutek wielki i ból nieustający noszę w sercu swoim". Jakaż to wielka jest miłość, jak przestronna, która na taki smutek zdobyć się jest w stanie! Jaka to miłość szczytna narodu swojego i Ojczyzny, która, gdy jest przez swoich odtrącona i zdeptana, wtedy właśnie na takie szczyty i wyżyny się wznosi! Lecz miłość jego nie pozwala mu zwątpić o swoich, mimo ich apostazji. Z ogromną siłą i śmiałością zdumiewającą wyrażeń odpowiada on na pytanie, które sam postawił: „Czy się tak potknęli, iż "upadli bez ratunku? Bynajmniej! Grzech ich stał się raczej zbawieniem dla pogan: iżby z poganami i oni szli w zawody. A jeśli ich grzech stał się bogactwem świata, a ocalałe ich szczątki bogactwem pogan, to cóż dopiero pełna ich liczba?".

Nie traci więc Apostoł nadziei, iż przejrzą; pociesza on samego siebie, gdy woła: Czyżby Bóg odrzucił lud swój? Bynajmniej! Bo „i ja jestem Izraelita z potomków Abrahama". Jeżeli więc nie odrzucił Pan jego, który był prześladowcą Kościoła, ale i nawrócił, to i nie odrzucił Bóg ludu swojego: „tych, których był poznał przed wieki". Byleby się tylko odmienili! „I oni jeśli
nie będą trwać w niedowiarstwie, będą wszczepieni, bo mocen jest Bóg wszczepić ich na nowo".

I czegożby on nie oddał za to, by krewnych swoich wedle ciała oświecić i do Chrystusa nawrócić! Śle on ustawiczne modlitwy o ich nawrócenie: „Bracia, pożądaniem serca mojego i modlitwą moją do Boga są oni i zbawienie ich". Na modłach i wzdychaniach serca jeszcze mu nie dosyć: wszystko on odda za ich zbawienie. Im bardziej go żydzi prześladują, tym natrętniej nawraca ku nim w swych apostolskich wycieczkach, chociaż dobrze wie, co go z ich strony czeka i chociaż jego powołanie dla misji pogańskiej aż nadto usprawiedliwiać mogło niezajmowanie się więcej sprawą nawrócenia żydów, dla której pracują inni apostołowie. Miłość jego dla swoich jest jednak tak wielka, że mimo wszystko, on raz po raz ku nim się wyrywa w swych misyjnych podróżach i pracach. Wie on z góry dobrze o tym, że ich wszystkich nie pociągnie ku sobie. Ale gotów narazić się nie wiem na jakie trudy, niebezpieczeństwa, przeciwności, jeśliby mógł okupić nimi chociażby tylko nawrócenie niektórych z nich. Mówi on do pogan: „Jako apostoł pogan, pracuję ja wprawdzie ku chwałę urzędowania mego; tak atoli, abym też jako pobudził rodaków moich do współubiegania się z wami i zbawił niektórych z nich".

I nie ma dla Pawła św. tak niewdzięcznej pracy i tak wielkich wyrzeczeń, których by nie poniósł dla nawrócenia swoich. Największą chyba ofiarą, jaką człowiek może dać za drugich, jest ofiara z życia własnego; i życie jest gotów zawsze za nich oddać. Ale miłość Pawłowa zna jeszcze wyższą i większą ofiarę: On gotów jest za swoich oddać chociażby własne zbawienie: „Pragnąłbym, mówi on, sam być skazanym na zatracenie daleko od Chrystusa za braci moich, którzy są krewnymi moimi wedle ciała".'

I gdzież to jeszcze byście chcieli, abym Was dalej prowadził? Czyż są jeszcze granice dla takiej miłości, która za swoich gotowa poświęcić nie tylko życie, ale i zbawienie własne? Prawdziwie jest to miłość bez granic!

-----------------
Józef Teofil Teodorowicz (1864 - 1938 we Lwowie) był polskim arcybiskupem lwowskim obrządku ormiańskiego, teologiem, politykiem, posłem na Sejm Ustawodawczy, a następnie senatorem I kadencji w II RP. Był członkiem Ligi Narodowej. W latach 1919–1922 był posłem niezależnym na Sejm Ustawodawczy i wiceprzewodniczącym klubu poselskiego Związku Ludowo-Narodowego. W latach 1922–1923 senatorem z ramienia Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego do chwili, gdy na polecenie Piusa XI zrezygnował z mandatu.

Podziel się i skomentuj